Wszystkie wpisy, których autorem jest Anna Connolly

Ekonomistka, biegła księgowa, pracowała w kilku instytucjach finansowych, prowadzi wraz z mężem firmę szkoleniową. Teologia jest jej pasją.

Powrót do Edenu

Religia katolicka nie wypowiada się w zdecydowany sposób na temat zwierząt, ich losu i przeznaczenia. Co wiemy na podstawie Biblii: zwierzęta są stworzone przez Boga, podobnie jak ludzie. Bóg ustanowił „panowanie” człowieka nad zwierzętami. Izajasz w swojej wizji świata zbawionego widzi też zwierzęta, pomiędzy którymi nie ma agresji. Zwierzęta w Starym Testamencie są przede wszystkim wspominanie w kontekście składania ofiar dla Boga. Baranki, gołębie, kozły – były sposobem przebłagania za grzechy. Jeden z psalmów zapewnia o trosce Boga zarówno o człowieka, jak i o zwierzę. Jezus mówi, że Bóg troszczy się o ptaki. Tyle przychodzi mi do głowy, gdy myślę o zwierzętach w Biblii. Chrześcijaństwo nie ma wypracowanej spójnej koncepcji na temat świata zwierząt. W przeciwieństwie na przykład do buddyzmu. Świat zwierząt jest jednym z wielu światów, gdzie może odrodzić się dusza. Inne światy to: demony, ludzie, bogowie i półbogowie. Wcielenie w świecie zwierząt może być (rzadko) korzystne lub (przeważnie) trudne. Korzystne jest wtedy, gdy odrodzimy się w ciele domowego zwierzęcia otaczanego troską i obdarzonego przyjaźnią. Ale generalnie los zwierząt jest ciężki i bardzo trudno uwolnić się od karmy będąc zwierzęciem. Najlepsze możliwości ma człowiek. Wiedząc, że może odrodzić się w świecie zwierząt, buddysta darzy je szacunkiem i stara się im pomagać. Takiej motywacji nie ma chrześcijanin.

 Człowiek jest także zwierzęciem i uczestniczy w przyrodniczej przemianie materii, łańcuchu zjadania, umierania i odradzania się materii w nowej formie. Jest skazany na zabijanie i zjadanie innych zwierząt. Może także stać się ich ofiarą. W dzisiejszym cywilizowanym świecie jesteśmy chronieni przed dzikimi zwierzętami, ale ciągle czyhają na nas bakterie, pasożyty i inne nieprzyjemne zwierzaki. Walka trwa. Zabijanie trwa. Mam nadzieję, że kiedyś się to skończy. Ale jak będzie wyglądał świat zbawiony jeśli założymy, że będą tam również zwierzęta? Za dużo pytań ciśnie się do głowy. Na przykład: czy bakteria też będzie w królestwie niebieskim? Czy takie stworzenie, co do którego nie ma pewności, czy należy do roślin czy zwierząt też z nami tam będzie? A jeśli tak, to co z roślinami i przyrodą nieożywioną? Czy Bóg nada światu nową jakość, jakiej nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić? Nie możemy przeniknąć Bożych zamiarów.

 Jedyne, co nie podlega wątpliwości, to wielkie cierpienia, jakim poddawane są zwierzęta za sprawą człowieka. Po pierwsze oczywiście, hodowla i zabijanie zwierząt dla pożywienia i skór. Zwierzęta są traktowane jak przedmioty, hodowane na jak najmniejszej powierzchni, często nie widzą przez całe życie słońca i trawy. Są używane do eksperymentów medycznych i w przemyśle farmaceutycznym. Zwierzęta domowe są często traktowane okrutnie i bezwzględnie, zaniedbywane i porzucane. Dla naszej przyjemności dzikie zwierzęta są transportowane do ogrodów zoologicznych i prywatnych kolekcji. Jerzy Nowosielski mówił, że człowiek stworzył zwierzętom na ziemi obozy koncentracyjne. Wszystko to budzi moje współczucie i ogromne poczucie winy. Korzystamy z wszelkich udogodnień, jakie zapewnia nam praca i ciała zwierząt. Jesteśmy ich dłużnikami. I jakże często krzywdzimy je, nie widząc w tym nic złego. A przecież wykorzystywane przez nas zwierzęta czują ból, strach, radość. Chrześcijanin jest zobowiązany do czynienia dobra istotom czującym, do ograniczania ich cierpień. Najlepiej gdybyśmy, o ile to możliwe, przestali jeść mięso i używać wyrobów pochodzenia zwierzęcego. Na ile jest to możliwe? Na ile jest to utopia? Tak jak nie da się ze świata całkowicie wyrugować cierpień ludzkich , tak też nie można zlikwidować całkowicie cierpień zwierząt.  Musimy zatem je przynajmniej ograniczać do minimum. Kto może, powinien zostać wegetarianinem. To by była najbardziej etyczna postawa. Sama byłam wegetarianką przez 5 lat, więc jest to dla mnie możliwe. Skusiła mnie zwykła kiełbaska z grilla i od tej pory niestety jestem wodzona na pokuszenie przez różne smaczne potrawy mięsne. Podziwiam jednak tych, którzy ze względów etycznych wyrzekają się tych przyjemności.

 Zgodnie z Biblią zwierzęta zostały stworzone przez Boga. Czy stworzył je tylko po to, aby służyły człowiekowi za pokarm i pomoc? Czy ich cierpienie nie liczy się w oczach Boga, ich stwórcy? To niemożliwe. Musi być jakiś inny, nieznany nam, patrzącym z ludzkiej perspektywy, sens istnienia zwierząt, który sprawia, że chrześcijanin musi mieć dla nich szacunek, współczucie i wdzięczność. Całe bowiem stworzenie zostało uznane za dobre, choć do tej pory poddane jest złu. Mamy nadzieję, że tak nie będzie zawsze. „Oto czynię wszystko nowe” – wszystko, nie tylko człowiek będzie przebóstwiony, ale cały świat, cała przyroda. Nadzieję taką miał też Izajasz, gdy pisał te słowa o powrocie świata do stanu pierwotnego: „Wtedy wilk zamieszka z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na norze kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii. Zła czynić nie będą ani zgubnie działać po całej świętej mej górze, bo kraj się napełni znajomością Pana, na kształt wód, które przepełniają morze” (Iz 11, 6-9)

 Widać tu nadzieję na nowy świat bez zła i zabijania, w którym wszystkie zwierzęta żyją w pokoju i są roślinożerne. Teolog Andrew Linzey pisze w swojej książce Teologia zwierząt: „Jesteśmy zachęceni do tego, aby wyobrazić sobie zupełnie inny porządek świata – taki, gdzie nie istnieją już stworzenia żyjące kosztem innych i gdzie ludzkość żyje w doskonałej przyjaźni ze zwierzętami, których jęki nie są już konieczne”.

 Taką i ja mam nadzieję. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić człowieka zbawionego bez przyrody. Co nas będzie wtedy otaczać, gdy już będziemy mieli ciała przebóstwione? Pustka? Niebiańska architektura? Czy raczej coś w rodzaju niebiańskiego ogrodu Eden? Wiemy, że nie ma powrotu do tego samego rajskiego ogrodu. Ale być może będziemy żyli w innym ogrodzie. Ale to musi być ogród.

Kobieta w Kościele

Niełatwy jest los kobiety w Kościele katolickim aż do dzisiaj. Nie możemy być kapłankami, a pewnie niektóre z nas miałyby ochotę. Kościół nie pyta nas o zdanie w żadnej sprawie, o wszystkim decyduje się za naszymi plecami (ten zarzut odnosi się również do ignorowania przez Kościół świeckich w ogóle, mężczyzn również). Generalnie mam wrażenie, że kobieta nie ma w Kościele nic do powiedzenia. Mało jest kobiet teologów, mało kobiet autorek książek religijnych, mało redaktorek w katolickich czasopismach. Tak, kobieta ma cięższy los nie tylko w Kościele, ale także w biznesie czy polityce, ale tam przynajmniej jest jakaś szansa, że cokolwiek osiągnie.

Wiem, że Jan Paweł II mówił o „geniuszu kobiety”, ale co to właściwie ma znaczyć? Taki sam geniusz kobiet, jak i mężczyzn. Jeśli są takie genialne, to dlaczego nikt ich nie słucha? Dlaczego nie mogą być kapłankami? Czy nie marnuje się tutaj wielki potencjał Kościoła? Przecież za czasów św. Pawła sytuacja kobiet wyglądała o wiele lepiej. Były apostołkami i nauczycielkami wiary. Potem jednak zniknęły z pola widzenia wspólnot kościelnych, odsunięte przez patriarchalnych przywódców. Zabroniono im mówić w kościele, nakazano siedzieć cicho i słuchać męża. Ponoć badacze Biblii kwestionują autorstwo tego fragmentu listu św. Pawła, który tak właśnie poucza kobiety. To, co było do przyjęcia 2000 lat temu, nie przemawia do kobiet dzisiejszych. One to właśnie najszybciej odchodzą z polskiego Kościoła. Szybciej niż mężczyźni.

Dyskryminacja kobiet oraz potępiający stosunek do seksualności wyraziły się w nakazie celibatu, który powoduje, że duchowieństwo nie ma dziś kontaktu z kobietami, traktuje je pogardliwie, jako zagrożenie i pokusę. Co może wiedzieć papież o kobiecie? A tymczasem Benedykt XVI z całą stanowczością twierdzi, że kobiety nie czują się dyskryminowane w Kościele. Czy pytał o to kobiety? Zrobił może jakieś referendum wśród katoliczek?

Kościół ma zatem długą drogę do przebycia, żeby sprostać oczekiwaniom nowoczesnych kobiet. Mam nadzieję, że dożyję czasów, kiedy papież pozwoli wyświęcać kobiety i zniesie celibat. Czułabym wtedy, że Kościół naprawdę liczy się z kobietami i ceni je. A teraz tego nie czuję.

Jaka jest obecnie widzialna rola kobiet w Kościele? Na podstawie mojego skromnego doświadczenia twierdzę, że marginalna. Stanowią w Polsce większość uczestników mszy i wszelkiego rodzaju nabożeństw. Sprzątają kościoły i plebanie. Obsługują księży. Pieką ciasta na imprezy kościelne. Dają składki na inwestycje kościelne. Słuchają Radia Maryja. Uczestniczą chętnie w różnych „kursach duchowości”. Sama byłam uczestniczką kursu malowania ikon oraz wykładów o duchowości chrześcijańskiego Wschodu. Ponad 90% uczestników stanowiły kobiety, co wydało mi się dość dziwne, zwłaszcza że wykładowcami byli w 90% mężczyźni. Księża wykładowcy traktowali mnie z góry, nie jako partnera do rozmowy. Jedynie świeccy wykładowcy z młodego pokolenia traktowali mnie normalnie i przyjaźnie. Dlatego z wielkim dystansem traktuję tego rodzaju kursy, zgromadzenia i wspólnoty. Ja tam nie pasuję. Jakby się dobrze zastanowić, to nie pasuję w ogóle do Kościoła jako organizacji. Po części dlatego, że całe struktury organizacyjne Kościoła są obsadzone przez mężczyzn. Oni są pasterzami, a my owieczkami. Wszystko jasne.

Czy kobiety mają jeszcze jakąś niewidzialną rolę w Kościele? Ukrytą? Tego nie wiem, ale być może tak jest. Mam taką nadzieję.

Teologia w moim życiu

Płytka teologia skłania do niewiary

 Zarówno moje rozstanie z katolicyzmem, jak i powrót do niego zdarzyły się poniekąd za sprawą teologii. W pierwszym przypadku sądziłam, że teologia nie odpowiada zadowalająco na moje pytania o wiarę. W wieku 17 lat zostałam wyrzucona z „Oazy” z powodu mojego braku pokory (to znaczy braku przytakiwania) i skłonności do zadawania niewygodnych pytań. Od tamtej pory mój stosunek do katolicyzmu był obojętny, aczkolwiek nie wrogi. Stwierdziłam po prostu, że ta religia nie zna odpowiedzi na nurtujące mnie pytania i że muszę poszukać ich gdzieś indziej. Nie przestawałam się dziwić, jak wykształceni i inteligentni ludzie mogą wierzyć w takie „niedorzeczności”, jakich naucza religia katolicka. Moje wątpliwości dotyczyły przede wszystkim kwestii odkupienia, wcielenia, arbitralności dogmatów, roli Kościoła jako jedynego szafarza zbawienia, Maryi jako Matki Boga. Generalnie chodziło mi więc o tę całą teologiczną „nadbudowę”, którą Kościół stworzył po śmierci Jezusa i ujął przede wszystkim w dogmatach jako prawdy wiary. Nie mogłam przełknąć takiej pigułki katolicyzmu, ponieważ była dla mnie gorzka i niestrawna. Nie znosiłam narzucania mi czegoś z góry połączonego z totalną niezdolnością do argumentowania swoich racji. Dlaczego miałabym to zaakceptować? Na pewno nie ze strachu przed potępieniem, ponieważ już wtedy wiedziałam, że jeśli Bóg istnieje, to zbawieni będą wszyscy. Ponad wszystko ceniłam bycie w zgodzie z sobą samą. Oczywiście to odrzucenie katolicyzmu nie oznaczało odrzucenia Boga, ani tym bardziej Jezusa, którego życie i nauczanie nie przestawało mnie fascynować i niepokoić. Moja wiara była wtedy bardzo chwiejna, było to raczej pragnienie wiary.

 Wiara poprzedza zrozumienie

 Po 19 latach to moje pragnienie wiary wreszcie się ziściło. Uwierzyłam w Boga jakoś tak nieodwołalnie i mocno. Ten moment (bo była to rzeczywiście jedna chwila) dokładnie pamiętam i określam go moim nawróceniem. Uwierzyłam wtedy, że katolickie dogmaty opisują jednak jakąś prawdziwą tajemniczą rzeczywistość za pomocą słabego ludzkiego języka. Dlatego brzmią tak niewiarygodnie i absurdalnie. Postanowiłam zatem, że muszę je rozgryźć, spróbować zrozumieć. Czyli kolejność była u mnie taka: najpierw uwierzyłam, potem próbowałam zrozumieć. Być może droga od zrozumienia do wiary też jest możliwa, ale ja tego nie doświadczyłam. Czy zrozumiałam do końca? Nie. Tylko częściowo, tylko niewyraźnie. Wierzę, że za zasłoną dogmatów kryje się Tajemnica, którą w obecnym życiu poznajemy tylko stopniowo, jakby po omacku, nigdy do końca. Tajemnica duchowa jest w tym podobna do tajemnic nauki. Każdy naukowiec widzi granicę swego poznania. Wie, że za tą granicą są inne światy, zjawiska, prawa, które na razie są ukryte, niezbadane. Nie wiadomo, czy naukowcom uda się „do końca” zbadać wszystkie prawa świata fizycznego. Świat ducha to też niezgłębiona tajemnica. Bóg chce, abyśmy starali się ją przeniknąć. Dał nam w tym celu między innymi teologię. Między innymi, bo tajemnice duchowe można też poznawać poprzez naukę, sztukę, naturę, drugiego człowieka.

 Bóg niepoznawalny

 A więc teologia służy ludziom, aby wejść w duchowe tajemnice Boga. Jest narzędziem. Nie jest ona samą tajemnicą. Jest tylko jakimiś stopniami wtajemniczenia. Teologia to słowa o Bogu. Mówienie o Bogu. Rozmyślania o Bogu. Dyskutowanie o Bogu i z Bogiem. Musimy pamiętać o ograniczoności teologii i na niej nie poprzestawać. Bóg przekracza wszystko, co można o Nim powiedzieć, umyka teoriom teologicznym. Boga nie można zamknąć w nawet najsubtelniejszym słowie. Tak więc na teologii nie można poprzestać, choć taka pokusa ułatwienia sobie życia jest czasem silna. Bóg chce, abyśmy użyli teologii jako podpórki w naszej drodze do Niego, a nie uczynili ją celem samym w sobie. Celem naszym jest sam Bóg. Trzeba kiedyś odrzucić podpórkę i z ufnością skoczyć w ciemności nieznanego i niewyrażalnego.

 Teologia rodzi się z doświadczenia Boga

 Prawdziwa teologia wychodzi z doświadczenia Boga i do niego prowadzi. Bo jak byłoby możliwe mówienie czegokolwiek o Bogu bez doświadczenia religijnego, czy to indywidualnego, czy to w postaci Objawienia, czyli przekazu cudzych doświadczeń duchowych. Z teologią jest tak, jakby ktoś doświadczył Boga, przekazał to doświadczenie w postaci teologii, tak aby osoba rozumiejąca (lub pragnąca zrozumieć) te słowa sama doznała pewnego oświecenia i doświadczyła Boga. Najlepszym tego chrześcijańskim przykładem jest św. Paweł, który po mistycznym doznaniu Chrystusa przekazał to swoje doświadczenie innym w postaci swoich listów. W islamie Mahomet otrzymał od Boga przesłanie, które zapisane jest w Koranie. Podobnie uczniowie oświeconego Buddy spisali jego nauki i żyli zgodnie z nimi.

 Jezus najważniejszym teologiem chrześcijaństwa

 Oczywiście chrześcijanie powinni traktować Jezusa jako największego teologa. Mimo, że Jezus nigdy nic nie napisał (podobnie jak Sokrates), możemy jak gdyby zrekonstruować Jego teologię na podstawie Jego postępowania w życiu i treści głoszonych przez Niego nauk, które przekazali nam ewangeliści.

 Jaka zatem była teologia Jezusa? Co chciał On nam przekazać o Bogu, o człowieku, o świecie, o naszym przeznaczeniu? Czy gdyby po Jezusie nie było już ani św. Pawła, ani ojców i doktorów Kościoła, ani profesorów teologii, to czy moglibyśmy bez ich pomocy stwierdzić, co jest podstawą Jego nauczania? Czy moglibyśmy wysnuć z nauk Jezusa jakieś wnioski dotyczące naszego życia? Według mnie tak, jak najbardziej. Spróbujmy zatem zrekonstruować teologię Jezusa na podstawie ewangelii.

 Zarys teologii Jezusa

 Jezus zarówno w słowach, jak i czynach świadczy o naturze Boga. Ewangelie opisują Go jako charyzmatycznego, pełnego mocy i pewności nauczyciela, proroka i uzdrowiciela. Już na początku swojej działalności Jezus ogłasza czas łaski Pańskiej. Łaska, dobroć i miłosierdzie Boga dla ludzi – to będą elementy przewodnie Jego posłannictwa. Właśnie te cechy Boga podkreśla Jezus, w przeciwieństwie do niektórych proroków Starego Testamentu, głoszących na potęgę gniew i zemstę Boga nad niewiernym ludem. Jezus podkreśla wielokrotnie i z wielkim przekonaniem, że przebaczenie i miłosierdzie są prawdziwą, najgłębszą naturą Boga.

 Bóg pragnie szczęścia i zbawienia dla wszystkich. Bóg przebacza tym, którzy kochają. Bóg uzdrawia tych, którzy wierzą. Miłość i wiara – te wewnętrzne postawy człowieka są Bogu miłe. Chodzi w życiu o to, aby kierować się właśnie wiarą i miłością. Reguły i rytuały są mniej istotne, a wręcz godne potępienia, gdy odwracają uwagę człowieka od spraw istotnych. Podporządkowanie regułom należy zastąpić podporządkowaniem się wierze i miłości. O tym właśnie mówi przypowieść o miłosiernym Samarytaninie oraz dyskusje Jezusa z faryzeuszami na temat szabatu. Prawo miłości w naszych sercach powinno być podstawą naszego postępowania. Prawo miłości zmusza nas niejako do przebaczenia. O tym mówi opowieść o kobiecie przyłapanej na cudzołóstwie oraz przypowieść o synu marnotrawnym. Naturą Boga jest zatem nieskończona cierpliwość, nieskończone przebaczenie i nieskończone miłosierdzie. Bóg nie odrzuca nikogo. Żaden grzesznik nie może obawiać się Jego gniewu, ale ma z ufnością zbliżać się do Boga, oczekując najlepszego. Bóg bowiem chce dla nas tego, co najlepsze. Nie chce naszego cierpienia. Chce nas uwolnić od śmierci. Jezus jako uzdrowiciel wyraźnie przekazał nam obraz Boga, który uzdrawia i wskrzesza z martwych. Bóg nie pozostaje obojętny wobec ludzkiego cierpienia. On pragnie je usunąć. Bóg zbawia ludzi od zła.

 Jezus mówi o przemianie, jakiej podlega świat i człowiek. Opisuje to w przypowieściach o Królestwie niebieskim. Porównuje Królestwo do zakwasu, który obejmie całe ciasto oraz do małego ziarenka, które rozrośnie się w drzewo dające schronienie. Naturę królestwa można też porównać do kobiety szukającej ostatniej zagubionej monety lub pasterza szukającego jednej zagubionej owcy. Królestwo jest zatem rzeczywistością dynamiczną, obejmującą swym zakresem coraz większy obszar, aż w końcu ogarniającą, przekształcającą wszystko. Jest to nowa Boża rzeczywistość, do której każdy jest zaproszony, jak na ucztę przygotowaną przez Boga. Bóg oczekuje każdego z nas w swoim Królestwie i nie będzie zadowolony, dopóki ostatnia owieczka będzie się błąkać po bezdrożach.

 Jezus widzi, że los ludzi na ziemi jest daleki od doskonałości. Ludzie grzeszą, cierpią, podlegają złu i śmierci. Jezus widzi nietrwałość, ulotność tej rzeczywistości. Wie jednak, że istnieje też inna rzeczywistość, głębsza, ukryta. Nazywa ją Królestwem Bożym. Chce, aby ta rzeczywistość ogarnęła wszystkich. Człowiek ma do niej dążyć, ma się o nią starać, ma jej szukać. Można ją znaleźć bowiem już tu i teraz. Mówi o tym przypowieść o drogocennej perle i ukrytym skarbie. Królestwo jest rzeczą najcenniejszą i wartą zachodu, wartą wszystkiego, co się ma. Należy „sprzedać” wszystko, co się ma i wtedy można będzie „kupić” perłę i skarb. Należy zatem pozbyć się pieniędzy, władzy, siły, dobrej opinii, pozycji społecznej, nawet swoich „słusznych” poglądów. Ubodzy mają łatwiej, nie muszą rezygnować z tak wielu rzeczy. Ta utrata przywiązania jest podobna do śmierci, przez którą wszystko tracimy. Dlatego Jezus mówił, że „kto straci swe życie, zachowa je”. Musimy stracić wszystko, aby uzyskać Królestwo. Musimy umrzeć, aby zyskać nowe życie. Jezus wierzy w zmartwychwstanie, a zatem pełne wejście do Bożego Królestwa po śmierci.

 Królestwo Boże jest pośród nas. Jest obecne tu i teraz, jednak go nie widzimy. Nadchodzenie królestwa oznacza naszą przemianę wewnętrzną, która spowoduje, że będziemy w stanie ujrzeć Królestwo.

 Jezus nie uznaje przemocy. Zabrania swym wojowniczo nastawionym uczniom używania przemocy. Poddaje się złu tego świata. Nie broni się w obliczu śmierci. Przemoc nie jest cechą Królestwa Bożego. Bóg nie używa przemocy. Przemoc bowiem jest zadawaniem cierpienia, pogwałceniem cudzej wolności. Bóg natomiast chce ludzi od cierpienia uwolnić i dać im prawdziwą wolność.

 Last, but not least, Jezus nie bał się i nie unikał kobiet, w przeciwieństwie do wielu męskich reprezentantów oficjalnego Kościoła, aż po czasy dzisiejsze. Jezus traktował kobiety na równi z mężczyznami. Miał wiele uczennic, które towarzyszyły Mu w życiu. Jezus nie bał się życia. Nie był ascetą ani typem mnicha. Nie umartwiał się. Nie unikał rozmów. Nie odseparował się od świata. Nie unikał przyjemności zmysłowych. Lubił ucztować. Czy to nam coś mówi o Jego teologii? Tak. Teologia musi być związana z życiem, normalnym ludzkim życiem, doświadczeniem tego, czego doświadczają zwykli ludzie. Teologia nie może być tworzona bez tego kontekstu. Jest wtedy nieautentyczna. Teologia musi być związana z praktyką, sprawdzona przez nią. Tylko wtedy będzie wiarygodna. Dlatego wiarygodny teolog to dla mnie taki, który żyje w świecie, nie traktuje świata jako czegoś nieczystego i pełnego pokus, od czego należy uciekać.

 Teologia chrześcijańska musi być zgodna z teologią Jezusa

 Czytając innych teologów wracam zawsze do tego najważniejszego – Jezusa i pytam, czy to, co oni mówią nie stoi w sprzeczności z nauką i życiem Jezusa. Chrześcijanie zawsze muszą wracać do Jezusa. Ewentualnie do św. Pawła, najstarszego pisarza chrześcijańskiego. Po zbadaniu nauk Pawła stwierdziłam, że można mu zaufać, ponieważ nie stoi w sprzeczności z Jezusem (oprócz podejścia do kobiet, ale w tej kwestii są zdania podzielone, czy te fragmenty listów poniżające kobiety są autentyczne; wątpliwość rozstrzygam na korzyść Pawła, ponieważ jego życie świadczy o jego szacunku dla kobiet). Paweł używa innych sformułowań niż Jezus, kładzie inaczej akcenty, ale generalnie jego teologię można również nazwać dobrą nowiną.

 Teologia musi odpowiadać na pytania istotne dla naszego życia

 Poza tym, przy studiowaniu teologii zadaję sobie również pytanie, czy dany temat mnie interesuje, to znaczy czy ma jakikolwiek wpływ na moje życie. I tak na przykład do dziś kwestia dziewictwa Maryi nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia i w żaden sposób nie wpływa na moje życie. Tak więc tego problemu nie studiuję (choć być może jest wielu takich, dla których ta sprawa jest bardzo istotna). Poddając św. Pawła temu kryterium „przydatności” także stwierdzam, że je spełnia. Na przykład ani słowem nie wspomina o dziewictwie Maryi. Wszystkie kwestie, które rozważa Paweł są dla mnie istotne i wobec tego postanowiłam zrozumieć sedno jego nauczania.

 Ostatnie kryterium co do studiowania danego teologa to zrozumiałość. Jeśli nie rozumiem choćby 75% tego, co czytam, odkładam książkę. Na szczęście niewielu teologów spełnia moje trzy kryteria, więc nie mam aż tak dużo do studiowania. Być może coś mi umyka, coś tracę, ale jednak pocieszam się, że Jezus objawił wszystko, czego mi potrzeba.

 Św. Paweł: sedno jego radosnej teologii

 A zatem, wracając do Pawła: co jest istotą jego przekazu? Wiadomo, że „został porwany” do nieba, do raju i tam słyszał jakieś tajemnicze słowa, objawił się mu Chrystus – od tego doświadczenia mistycznego zaczęło się jego nauczanie. Ciekawe, że Paweł nie wspomina ani słowem o życiu, działalności i nauczaniu Jezusa. Dla niego najistotniejszy jest Chrystus i nowe stworzenie. To centralny punkt jego nauki. Chrystus przez swoją śmierć i zmartwychwstanie wkracza w nową, Bożą rzeczywistość. Śladem Chrystusa podąża ludzkość. Krzyż jest u Pawła symbolem przejścia, przemiany. Ta przemiana polega na zmazaniu grzechów, czyli przeszkody na drodze człowieka do Boga. Chrystus jest dla Pawła jakby archetypem każdego człowieka, urzeczywistnieniem jego pełni, prawdziwej świętej natury. Tak jak umarł i cierpiał Chrystus, tak też my cierpimy i umrzemy. Śmierć jest koniecznym przejściem do innego świata. W tym nowym świecie człowiek będzie przemieniony na wzór Chrystusa. Będzie miał Jego naturę. Teologia prawosławna rozwinęła tę naukę Pawła i określiła ją przebóstwieniem. Myślę, że to piękna  nauka, którą warto zawsze rozważać. Jezusa Chrystusa, Jego życie, śmierć i zmartwychwstanie traktuje Paweł jako przejaw miłości Boga ku ludziom, jako największy dar Boga dla ludzi. Paweł, podobnie jak Jezus wie, że już na ziemi możemy doznać tej wspaniałej przemiany. On określa to przemianą człowieka zmysłowego w człowieka duchowego. Paweł czuł, że sam został z Chrystusem tak dogłębnie złączony, że razem z Nim umarł na krzyżu, razem z Nim zmartwychwstał. Od tej pory był człowiekiem przemienionym.

 Jezus Chrystus archetypem człowieka

 Paweł uważał, że Jezus jest pierworodnym Synem Bożym, po którym każdy z nas stanie się synem bądź córką Bożą (o córce Paweł nie wspominał, to mój dodatek feministyczny). Żyjemy zatem pełni radości i nadziei. Nasza nadzieja ma swoje źródło w zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. Wiara w Chrystusa, zaufanie do dobroci i miłości Boga są warunkiem naszego zbawienia, naszego zmartwychwstania. Jesteśmy zbawieni łaską przez wiarę, mówi Paweł. Nie przez uczynki. Jakże ja się zgadzam z Pawłem: któż mógłby się zbawić swymi uczynkami? Wszyscy zgrzeszyliśmy, wszyscy pozbawieni jesteśmy chwały Bożej, wszyscy czekamy na łaskę. Ten Boży dar łaski ukazany jest w Chrystusie. Każdy, kto zagłębi się w Chrystusie, kto się z Nim zidentyfikuje przez wiarę, dostąpi tej  łaski zbawienia, poznania Boga. Paweł często mówi, że jest w Chrystusie, a Chrystus w nim. Jest to obraz przemienienia Pawła w Chrystusa, właśnie przebóstwienia. Stary Paweł umarł, a żyje nowy Paweł, a właściwie już nie Paweł, ale Chrystus. Paweł czuł się tak mocno złączony z Chrystusem, że wiedział, że nic nie jest w mocy oddzielić go od Niego. Tak właśnie będzie z każdym z nas. I tej nadziei i wiary każe nam się Paweł trzymać. Jest to pozytywne i radosne przesłanie dla świata, który mimo że teraz „cierpi jeszcze w bólach rodzenia”, będzie przemieniony w Chrystusa i zbawiony Jego mocą.

 Prymat teologii optymizmu

 Teologię Jezusa i Pawła cechuje radosne oczekiwanie, nadzieja, wiara i miłość. To wszystko odczuwamy, kiedy czytamy ewangelie i listy Pawła. Dla mnie taką pełną entuzjazmu i nadziei ewangelią jest zwłaszcza ewangelia św. Marka. Dobra teologia powinna nas napełniać pokojem, radością, wiarą, nadzieją, miłością i entuzjazmem. Dobra teologia powinna mieć moc przemiany, moc nawracania na ścieżki Pańskie. Właśnie dlatego polecam wszystkim teologów nadziei i miłości, takich jak Jezus, Paweł, Grzegorz z Nyssy, Izaak z Niniwy, Juliana z Norwich, ks. Hryniewicz. Ich słowa leczą duszę. Ich słowa mają w sobie miłość do ludzi, tę samą, którą obdarza nas Bóg.

 Komu potrzebna jest dziś teologia

 Był taki okres tuż po moim nawróceniu, że nie mogłam się powstrzymać, aby przy każdej sposobności nie mówić ludziom o moich wspaniałych odkryciach religijnych. Musiałam im się wydawać trochę nawiedzona. Teraz już się pilnuję i podejmuję tematy religijne tylko jeśli wiem, że rozmówca może być nimi zainteresowany. Z tych moich rozmów wynika jednak parę wniosków:

  1. Są ludzie, którym ewidentnie religia do      niczego nie jest potrzebna. Nigdy nie próbowali jej zgłębić w sensie      teologicznym.
  2. Inny rodzaj to tacy, którzy po      dokładnym przestudiowaniu teologii i historii chrześcijańskiej zostali      ateistami. Nie mogą zaakceptować negatywnego (w ich mniemaniu) stosunku      religii do seksualności, absurdalności pewnych wierzeń, ich niezgodności z      rozumem, nieweryfikowalności. Co ciekawe, z nimi rozmawia się bardzo      interesująco, nieźle trzeba się wysilić, żeby sprostać ich argumentom.
  3. Są też katolicy, którzy po prostu      przyjęli naukę Kościoła i nie mają z nią żadnego problemu. Nie      zastanawiają się nad teologią. Wierzą w nauki Kościoła i to im zupełnie      wystarcza.
  4. Inni, będąc katolikami mają sporo      wątpliwości. Do głównych należą następujące kwestie: czy Jezus był      Bogiem?, dlaczego Bóg postanowił zabić swego Syna?, jak to możliwe, że      Maryja była dziewicą?, co grzech pierworodny ma wspólnego ze      sprawiedliwością?, jak dobry Bóg może przygotować ludziom wieczne męki      piekielne?, czy to nie brzmi bajkowo, że Jezus uniósł się na obłoku do      nieba?, czy Kościół zbrukany seksualnymi i pieniężnymi aferami jest      jeszcze wiarygodny?, dlaczego Kościół katolicki ma monopol na zbawienie?,      dlaczego Kościół koncentruje się na grzechu i potępieniu, a nie na      przebaczeniu?, dlaczego krzyż – symbol cierpienia jest głównym symbolem      chrześcijaństwa? dlaczego katolicyzm jest ponury i smutny?

 Teologia jest właśnie dla tej czwartej grupy ludzi. Oni potrzebują przewodnika, oni pragną wyjaśnień. Często ich niestety nie dostają. Dlaczego? Dlatego, że generalnie mało jest dobrych specjalistów w jakiejkolwiek dziedzinie. Żeby znaleźć dobrego teologa, trzeba po prostu zacząć czytać książki. A na to ludzie czasu nie mają, często też pieniędzy. Po drugie, nasza teologia katolicka z optymistycznej i radosnej teologii Jezusa i Pawła zamieniła się w teologię krzyża rozumianego jako cierpienie. Mało u nas zrozumienia i przebaczenia, dużo rygoryzmu, potępienia i pouczania. Dobra nowina straciła swą świeżość i powab. Trzeba dotrzeć z powrotem do sedna chrześcijaństwa i wyłożyć je współczesnym językiem. Jest dużo do zrobienia. Teolodzy – do roboty!

 W rozmowie z Gazetą Wyborczą Andrea Torelli, watykanista mediolańskiego dziennika „Il Giornale”, tak odpowiedział na pytanie o największy problem Kościoła: „Jak zakomunikować współczesnej społeczności, że chrześcijaństwo jest spotkaniem z pięknem i dobrem. Że nie jest serią „nie”, ale jednym wielkim „tak”. Że przyjmuje człowieka takiego, jaki jest, przebaczy mu grzechy, zanim zacznie go oskarżać”. I właśnie tutaj udział teologów jest niezbędny. Zdaje się, że tylko oni mogą zażegnać kryzys Kościoła we współczesnym świecie Zachodu.

Kariera cierpiętnictwa w chrześcijaństwie – Tomasz a Kempis

Dzieło „O naśladowaniu Chrystusa” przypisywane Tomaszowi a Kempis jest jednym z najbardziej dojmujących świadectw kariery cierpiętnictwa w chrześcijaństwie. Cierpiętnictwem nazywam tu postawę wobec świata i Boga, charakteryzującą się traktowaniem cierpienia jako królewskiej drogi do zbawienia, potępieniem radości i przyjemności, zanegowaniem wartości człowieka oraz świata doczesnego, skrajnym odsunięciem się od ludzi i spraw „tego świata”.

 

Tomasz w dziele swoim wielokrotnie przywołuje cytaty biblijne, interpretując je w sobie właściwy sposób. Biblia odbiła się w umyśle Tomasza, który zinterpretował ją całą swoją osobowością. Na jego interpretacji ciąży piętno jego umysłowości i psychiki. Cóż to była za osobowość? Z lektury jego dzieła wyłania się postać zalękniona i  pełna kompleksów. Tomasz drży ze strachu zarówno przed Bogiem, jak i przed niepowodzeniem życiowym. Stara się zatem zadowolić groźnego oskarżycielskiego Boga, którego tak naprawdę nigdy nie będzie mógł do końca usatysfakcjonować. Jest to dla niego źródłem frustracji i poczucia nieusuwalnej winy. Lęk przed życiową porażką każe mu usunąć się na bok, unikać kontaktu z ludźmi, a zamiast tego szukać samotności i kontaktu z aniołami, ewentualnie z ludźmi doskonałymi. Niedoskonałość odstręcza Tomasza. Nie jest w stanie pogodzić się ze swoimi słabościami. Nie może też wybaczyć ich bliźnim.

 

Tomasz jest człowiekiem cierpiącym i z tego cierpienia czyniącym cnotę, powód do dumy. Zdolność wytrzymywania wielu cierpień uznaje za godną podziwu i naśladowania.

Czuje się uwikłany w pętlę niekończących się cierpień, zniewolony. Ponieważ swą tragiczną sytuację życiową postrzega jako beznadziejną, niemożliwą do uzdrowienia, całą swą nadzieję umieszcza w świecie wieczności, w którym króluje groźny i czyhający na jego błędy Bóg. Bóg ten niekiedy daje mu odczuć głęboką satysfakcję i napełnia go duchową radością, na którą Tomasz musi zasłużyć cierpieniami, pogardą wobec świata i deprecjonowaniem siebie samego. Tomasz potępia radość i zadowolenie z życia, uważając je za przeszkody na drodze do Boga. W ten sposób podkreśla słuszność wybranej przez siebie drogi cierpiętnictwa.

 

Ta jego osobowość o skłonnościach masochistycznych wpłynęła istotnie na jego chętnie czytane dzieło. Wielu ludzi inspirowało się zaleceniami Tomasza. Święci, tacy jak np. św. Faustyna, powtarzali niemal dosłownie jego nauki. To bezrefleksyjne naśladowanie Tomasza pociągnęło niestety chrześcijaństwo w otchłań negatywizmu, sprawiło, że do dziś wielu ludzi niesłusznie kojarzy naszą religię z potępieniem, smutkiem, winą i cierpieniem zamiast z wyzwoleniem, zbawieniem i miłością. Postaram się tutaj przedstawić argumenty za tym, że racje Tomasza, choć uzasadnione z perspektywy jego osobowości, mogą być racjami nie w pełni zgodnymi z chrześcijaństwem. Powinniśmy raczej czytać Naśladowanie jako szczere wyznanie zgnębionego i uwikłanego człowieka, któremu należy się współczucie, a nie jako wykładnię wiary chrześcijańskiej.

 

Cierpienie – królewską drogą do zbawienia

 

Tomasz podkreśla związek między cierpieniem a zbawieniem. Życie wieczne jest zapłatą za cierpienie.

 

Cz I R XXXV

„Wszystko masz znosić chętnie dla miłości Boga – i trudy, i bóle, i pokusy, i udręki, niepokoje, niedostatki, choroby, krzywdy, obmowy, zarzuty, poniżenia, upomnienia, kary, lekceważenie.

Wszystko to umacnia dzielność, wszystko to czyni cię żołnierzem Chrystusa, wszystko to splata dla ciebie wieniec zbawienia. Ja ci dam zapłatę wieczną w zamian za trud krótkotrwały i bezgraniczną chwałę za boleść przemijającą”.

 

„…wszystkie niepokoje życia są niczym wobec przyszłej chwały, na jaką musimy zasłużyć”.

 

Cierpienie jest zasługą w oczach Boga, splata dla nas wieniec zbawienia. Tomasz nie widzi zatem sensu w przeciwstawianiu się cierpieniu, w usuwaniu go. Wysiłki takie uznaje za nieskuteczne, a zatem bezcelowe. Namawia nas na pogodzenie się z nieuchronnymi cierpieniami. Zachęca, aby z nich się cieszyć, ponieważ przybliżają nas do zbawienia. Jak by wyglądało nasze społeczeństwo zdominowane przez fanów Tomasza? Dla chwały wiecznej chorzy umieraliby nieleczeni, smutni popadaliby w depresję, głodujący gniliby na ulicach Kalkuty, niesprawiedliwie oskarżani cierpieliby w  więzieniu. Co by było, gdyby społeczności nie przeciwstawiały się cierpieniu? Wyginęłyby zapewne, osiągnąwszy po śmierci życie wieczne. Czy o to chodziło Jezusowi? Czy przechodził obojętnie wobec cierpiących? Wiemy dobrze, że ogromna część Jego działalności polegała na usuwaniu wszelakich cierpień z życia ludzkiego. Gdyby myślał, że cierpienie zbawia, nie uzdrawiałby i nie wskrzeszał z martwych. Nie ochroniłby też kobiety cudzołożnej, ale kazałby ją ukamienować dla jej zbawienia.

 

Tomasz uważa, że cierpienie jest zasługą w oczach Boga. Dlaczego nasze cierpienie miałoby przekonać Boga do zbawienia nas? Można się z tym zgodzić tylko w tym sensie, że Bóg widząc nasze cierpienie współczuje nam i chce nam pomóc. Chce nas od cierpienia uwolnić, zbawić nas od zła wszelkiego.

 

Według Tomasza, na zbawienie musimy zasłużyć. Św. Paweł mówił o łasce darmowej, otrzymywanej nie ze względu na zasługi, ale przez wiarę. Widać tu sprzeczność zasadniczą z teologią chrześcijańską.

 

Cz I R XXII

„Któż ma się tu najlepiej? Tylko ten, kto potrafi cierpieć dla Boga”.

 

Tomasz sugeruje, że cierpienie to dar dla Boga, że Bóg cieszy się z tego daru, że uważa nasze cierpienie za wartość i pragnie go. Bóg pragnący naszego cierpienia. Czy jest to Bóg, o którym mówił Jezus i św. Paweł? Bóg chce naszego zbawienia, które polegać ma na takiej przemianie, która usuwa ból i łzy z naszego doświadczenia. Bogu do niczego nasze cierpienie nie jest potrzebne. Przeciwnie, współczuje nam i dlatego posłał swego Syna, aby nas ze zła wybawił.

 

Tomasz sugeruje, że musimy ofiarowywać Bogu dary w postaci cierpienia, tak jak kiedyś Żydzi w postaci zwierząt. Tymczasem przełomowość chrześcijaństwa polega na odkryciu, że Bóg nie chce ofiar, czy to ze zwierząt, czy to z cierpienia, ale chce miłości w sercach ludzi. Miłość to dar nasz dla Boga największy, nie cierpienie.

 

Cz I R XXI

„Módl się pokornie, aby Pan dał ci prawdziwy żal ducha, i powtarzaj za Prorokiem: Nakarm mnie, Panie, chlebem płaczu i napój łzami obficie.”

 

Widzimy tu specyfikę interpretacji Biblii przez Tomasza, który powołuje się na Psalm 80. Ten fragment należy interpretować akurat odwrotnie niż Tomasz. Psalmista wcale nie prosi o łzy. Przeciwnie: błaga Boga o pomoc, o odjęcie łez, nie dołożenie ich:

 

„Wzbudź swą potęgę i przyjdź nam na pomoc!

O Boże, odnów nas i okaż swe pogodne oblicze, abyśmy doznali zbawienia.

Panie, Boże Zastępów, jak długo gniewać się będziesz, choć lud twój się  modli?

Nakarmiłeś go chlebem płaczu i obficie napoiłeś go łzami”.

 

Cz II R I

„Jeśli nie chcesz doświadczać cierpienia, w jaki sposób chcesz zostać przyjacielem Chrystusa? Przeżywaj ból z Chrystusem i dla Chrystusa, jeśli chcesz wejść do Jego Królestwa”.

 

Tomasz podaje tu odnośnik do 2 Tm 2,12:

„Jeżeliśmy bowiem z Nim współumarli, wespół z Nim i żyć będziemy. Jeśli trwamy w cierpliwości, wespół z Nim też królować będziemy. Jeśli się będziemy Go zapierali, to i On nas się zaprze. Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć samego siebie”.

 

Św. Paweł mówi tutaj o tym, że mamy iść w ślady Jezusa w tym sensie, że los każdego człowieka jest powtórzeniem losu Jezusa. Zatem umieramy, podobnie jak Jezus i żyć będziemy, podobnie jak Jezus. Mówi Paweł o cierpliwości, nie zaś o cierpieniu. Pawłowi chodzi o wierność, abyśmy przyznawali się do Jezusa, nie tracili zbawczej wiary. Tomasz jednak w niepojęty sposób z tego fragmentu wyprowadził twierdzenie o konieczności cierpienia dla zbawienia.

 

Cz II R XI

„Wielu ma dzisiaj Jezus tych, co kochają Królestwo niebieskie, ale mało takich, którzy dźwigaliby Jego krzyż. Wielu ma spragnionych Jego pocieszenia, lecz mało pragnących dzielić z Nim ból. Wielu znajdzie przyjaciół do stołu, ale mało do postu.

 

Wszyscy chcą z Nim się cieszyć, ale mało pragnie dla Niego i z Nim cierpieć. Wielu idzie za Jezusem do momentu łamania chleba, lecz niewielu aż do wychylenia kielicha męki. Wielu podziwia Jego cuda, mało postępuje za hańbą krzyża”.

 

Tomasz czyni zarzut z tego, że ludzie oczekują od religii pocieszenia i radości. Tymczasem właśnie taka jest największa rola religii: dawać ludziom szczęście mimo indywidualnego nieuniknionego cierpienia, dawać nadzieję tym, którzy ją stracili, dawać radość i wewnętrzne pocieszenie. Czyż Duch Święty nie jest Pocieszycielem? Ta rola pocieszycielska religii została zagubiona we współczesnych społeczeństwach Zachodu, które pocieszają się teraz konsumpcją, przeżyciami ekstremalnymi, podróżami, narkotykami i akloholem. Są to pocieszyciele tymczasowi i nie umieją pocieszyć w obliczu śmierci. Tomasz przyczynił się do tego, że ludzie uciekają od religii, spodziewając się w niej spotęgowania cierpień, a nie pocieszenia.

 

 

Co do kielicha męki, to Tomaszowi chodzi o fragment Ewangelii Mateusza 20, 20:

„Wtedy podeszła do Niego matka synów Zebedeusza ze swoimi synami i oddając Mu pokłon o coś Go prosiła. On ją zapytał: „Czego pragniesz?” Rzekła Mu: „Powiedz, żeby ci dwaj moi synowie zasiedli w Twoim królestwie jeden po prawej, drugi po lewej Twej stronie”. Odpowiadając Jezus rzekł: „Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, z którego ja mam pić?”. Odpowiedzieli Mu: „Możemy”. On rzekł do nich: „Kielich mój pić będziecie. Nie do mnie jednak należy dać miejsce po mojej prawej i lewej, ale dostanie się ono tym, dla których Ojciec je przygotował”.

 

Królestwo Jezusa nie jest królestwem z tego świata, które daje przywileje i honory. Jest to królestwo, władanie którym przysparza cierpienia, jest trudne i wymaga poświęceń. Jezus mówi uczniom, że nawet picie kielicha, czyli współcierpienie z Jezusem nie wysłuży im miejsc w Królestwie. Miejsca w Królestwie przygotowuje kochający Ojciec, dla którego zasługi nic nie znaczą, bo łaska dana jest darmo i każde dziecko Boże jest oczekiwane z niecierpliwością.

 

Uczniowie zdają się tutaj wiedzieć, co oznacza kielich, który ma pić Jezus. Tymczasem po Jego ujęciu i egzekucji byli zdezorientowani i zawiedzeni. Nie zdawali sobie bowiem sprawy, co to jest kielich. Jak zatem wcześniej mogli chcieć go pić? Stawia to pod znakiem zapytania autentyczność historyczną tego tekstu. Wygląda, że został zredagowany już po tym, jak Jezus umarł i zaczęto interpretować jego śmierć.

 

Cz II R XII

„Kto bez sprzeciwu słucha nakazu krzyża, ten nie boi się, że usłyszy słowa potępienia. Gdy Pan przybędzie nas sądzić, na niebie pojawi się znak krzyża. Dlatego słudzy krzyża, ci, którzy w ciągu życia upodabniają się do Ukrzyżowanego, zbliżą się do Chrystusa Sędziego z wielką ufnością”.

 

Tomasz powołuje się tu na Rz 8, 29: „Albowiem tych, których od wieków poznał, tych też przeznaczył na to, by stali się na wzór obrazu Jego Syna, aby On był pierworodnym między wielu braćmi”. Paweł nic nie mówi o podobieństwie do ukrzyżowanego, co sugeruje mękę, ale o podobieństwie do Syna, nigdzie nie wspominając, że to podobieństwo przejawia się w cierpieniu. Przeciwnie, znając teologię Pawła, można wnioskować, że to podobieństwo w chwale, w miłości, w przebaczającej i współczującej postawie wobec świata.

 

Tomasz powołuje się też na 1Kor 1, 18: „Nauka bowiem krzyża głupstwem jest dla tych, co idą na zatracenie, mocą Bożą zaś dla tych, którzy dostępujemy zbawienia”. Pawłowi chodzi o to, że paradoksalnie krzyż jest znakiem siły, a nie słabości. Krzyż interpretuje nie jako cierpienie, ale jako przemianę, jako nawrócenie, jako wejście do świata Bożego: „Co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi”. Paradoksalnie krzyż, znak klęski, to znak zbawienia dla nas.

 

Tomasz  przywołuje też Mt 16, 24: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?”

 

Możliwa interpretacja krzyża to dobrowolne zejście Chrystusa do ziemskiej rzeczywistości w celu pokazania ludziom Boga, pomagania ludziom w wyzwoleniu się od zła i wejściu do Królestwa. Krzyż jako śmierć  to droga i miejsce przemienienia. Natura ludzka po śmierci staje się boska, na wzór natury Chrystusa, pierworodnego wśród Synów Bożych. Wziąć swój krzyż to zaakceptować swoją śmierć fizyczną. Zaprzeć się samego siebie to poddać siebie i swe przekonania w wątpliwość, przestać wiedzieć cokolwiek, bezgranicznie powierzyć się Bogu, wskoczyć z ufnością w wieczność. Poddać się Bogu. Stracić swe dotychczasowe życie, aby dzięki Jezusowi znaleźć inne życie, tkwiące w głębi, ukryte.

 

Cz II R XII

„Nawet Pan Nasz, Jezus Chrystus, jak mówi, póki żył, nie miał jednej godziny bez bólu. Czyż nie potrzeba było, aby Chrystus cierpiał i tak wszedł do chwały swojej? Więc jakim prawem ty szukasz innej drogi, nie tej królewskiej, jaką jest droga krzyża świętego?

Całe życie Chrystusa to krzyż i męka, a ty dla siebie szukasz wytchnienia i radości? Mylisz się sądząc, że szukasz czego innego niż cierpienia, bo całe to śmiertelne życie pełne jest nieszczęść i poznaczone krzyżami. A im kto wyżej stoi na stopniach doskonałości, tym cięższe nieraz znajduje krzyże, bo miłość pomnaża mękę wygnania”.

 

Pomysł Tomasza, że Jezus nie miał ani godziny bez bólu nie ma oparcia w Ewangelii. Naśladowanie polegające na cierpieniu nie ma więc racji bytu.

To prawda, że życie pełne jest cierpień, ale przecież to nie znaczy, że nie mamy szukać wytchnienia i radości. Czyż Hiob nie błagał o uzdrowienie i odmianę swego losu? Czyż nie wyrzucał Bogu, że zostawił go w nieszczęściu? Czy Bóg chce, abyśmy szukając cierpień dokładali sobie nieszczęść do tej już bogatej puli, którą każdy znosi na tym świecie?

 

Ci, którzy bardzo cierpią mogą się według Tomasza uważać za doskonalszych. Jak jednak wielkość znoszonego cierpienia przekłada się na doskonałość? Przecież gdyby to była prawda, to miliony ludzi cierpiących w życiu bardziej niż Jezus, musielibyśmy uznać za doskonalszych od Niego!

 

 

Cz II R XII

„Kto dobrowolnie podda się swemu krzyżowi, cały jego ciężar przemienia mu się w ufność Bożej miłości. A im więcej ciało omdlewa od cierpienia, tym bardziej dusza przez łaskę wewnętrzną się umacnia. Zdarza się, że człowiek zdobywa taką siłę wewnętrzną w cierpieniu i trudzie, że pragnąc miłośnie uczestniczyć w krzyżu Chrystusa, nie chce już nawet żyć bez bólu i cierpienia, bo wierzy, że Bóg przyjmie go tym łaskawiej, im więcej on dla Niego potrafi przecierpieć”.

 

Tymczasem z własnego doświadczenia wiem, że im bardziej ciało moje cierpi, tym mniej we mnie duszy i Boga. Tak koncentruję się na ciele, że duchowe sprawy oddalają się i stają sie nierealne. To samo uczucie miałam czytając opowiadania kołymskie Warłama Szałamowa. Tam cierpienie osiągnęło szczyty, jakich Tomasz nie mógł sobie wyobrazić. Gdzie tam miejsce na duszę, na Boga? Tam, gdzie myśli się tylko o fizycznym przetrwaniu, w skrajnych warunkach, dusza się gubi, a droga do Boga jest luksusową fanaberią.

 

Przeczytajmy, co pisał Warłam Szałamow, człowiek doświadczony skrajnym i długotrwałym cierpieniem w sowieckim łagrze na Kołymie:

 

„Co widziałem i zrozumiałem w obozie:

 

Wyjątkową kruchość ludzkiej kultury, cywilizacji. Człowiek staje się zwierzęciem po trzech tygodniach – ciężkiej pracy, głodu, chłodu i bicia.

 

Główny środek deprawacji duszy ludzkiej – zimno.

 

Zrozumiałem, że człowiek najdłużej zachowuje poczucie gniewu. Mięsa na głodnym człowieku starcza tylko na gniew – do reszty odnosi się obojętnie.

 

Zobaczyłem, że jedyna grupa ludzi, która zachowała chociaż odrobinę człowieczeństwa, to duchowni – sekciarze – prawie wszyscy i większa część popów.

 

Zrozumiałem, że można żyć gniewem.

Zrozumiałem, że można żyć obojętnością.

Zrozumiałem, dlaczego człowiek żyje nie nadzieją – nadziei żadnej nie ma, nie wolą – jakaż tam wola, lecz instynktem, instynktem samozachowawczym – tym samym prawem, co drzewo, kamień, zwierzę.

 

Jestem przekonany, że obóz – w całości – to negatywna szkoła, nawet godziny nie powinno się w nim spędzić – to godzina deprawacji. Nikomu nigdy niczego pozytywnego obóz nie dał i nie mógł dać. Na wszystkich – więźniów i cywilów – obóz działa deprawująco”.

 

Czy zatem Tomasz byłby szczęśliwy w takim miejscu kaźni i nieustannego cierpienia? Czy uwzniośliłoby go takie doświadczenie, czy zaledwie z trudem ocaliłby resztki człowieczeństwa, jak inni duchowni? Religia jako pocieszycielka potrafi zdziałać cuda. Tomasz jednak obstaje za religią gnębiącą. Zgodnie z jego światopoglądem ilość cierpienia na Kołymie miałaby fantastyczny skutek zbawienny dla wielu ludzi.

 

 

Cz II R XII

„Pij chciwie z kielicha Pana, jeśli pragniesz być z Nim w przyjaźni i mieć cząstkę z Nim wspólną”

 

„Nastaw się na cierpliwe znoszenie cierpień i pomyśl sobie, że one same są największą radością, bo wszystkie udręki życia nie są godne przyszłej chwały, a trzeba na nią zasłużyć, choćbyś miał znieść je wszystkie sam jeden”.

 

Tomasz powołuje się tu na Rz 8, 18: „Sądzę bowiem, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić. Bo stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych. Stworzenie bowiem zostało poddane marności – nie z własnej chęci, ale ze względu na tego, który je poddał – w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych. Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia”.

 

Paweł mówi, że owszem, całe stworzenie cierpi i jest to tragiczne. Trzeba to jednak znosić, bo wyzwolenie już blisko. To, co cierpimy nijak się ma do wielkości naszego szczęścia w wieczności. Nigdzie jednak Paweł nie mówi, że cierpienia są radością. A tym bardziej nie mówi, że na radość zasługujemy cierpieniem.

 

Cz II R XII

„Gdy dojdziesz do tego, że cierpienie stanie ci się miłe i zasmakujesz w nim dla miłości Chrystusa, bądź pewny, że jesteś na dobrej drodze, że znalazłeś raj na ziemi”.

 

Czy Auschwitz lub obóz na Kołymie to raj na ziemi? Czy może odczuwali ten raj tylko ci więźniowie, którzy „zasmakowali w cierpieniu”? Dla pozostałych było to niewątpliwie piekło. Piekło staje się rajem, a raczej może się nim stawać dla doskonałych wybrańców, którzy piją chciwie z kielicha Chrystusa, który zdaje się niewyczerpany.

 

Cz II R XII

„Do czego tu jesteś? Jeśli zrozumiesz, że do cierpienia i śmierci, od razu staniesz się lepszy i znajdziesz pokój ducha”.

 

Tomasz znajduje pocieszenie i pokój ducha w marzeniach o cierpieniu i  śmierci. Myśli sobie, że jeśli nie może pozbyć się cierpienia, to będzie się nim szczycił, przynajmniej polepszy to jego samoocenę.

 

Cz II R XII

„Nic nie jest milsze Bogu i nic dla ciebie bardziej zbawienne na świecie niż chętne znoszenie cierpienia dla Chrystusa. A nawet gdybyś mógł wybrać, powinieneś pragnąć raczej cierpieć dla Chrystusa niż cieszyć się i radować, bo przez to upodobnisz się bardziej do Niego i do wszystkich Jego świętych. Nasze zasługi i doskonałość nie zależą od szczęścia i radości, ale raczej od umiejętności przyjmowania ciężarów i nieszczęść.

Gdyby była jaka lepsza i skuteczniejsza droga dla człowieka niż cierpienie, Chrystus ukazałby nam ją słowem lub przykładem. A przecież idących za nim uczniów i wszystkich, którzy chcieli postępować za nim, wyraźnie zachęca do niesienia krzyża”.

 

Niespodzianką dla Tomasza będzie pewnie stwierdzenie, że Jezus faktycznie inną drogę objawił: drogę miłości, współczucia i wiary. Jezus zachęca przede wszystkim, aby kochać bliźniego i kochać Boga, to są największe przykazania. Nigdzie nie mówi o przykazaniu ani zasłudze cierpienia. Objawiając Boże wybaczenie i zbawienie Jezus chce powiedzieć, abyśmy nie tkwili spętani w swoich winach, ale zawsze z ufnością zwracali się do naszego dobrego Ojca, który kocha nas bez względu na nasze zasługi, tak samo grzeszników, jak i sprawiedliwych. Jego miłość nigdy nie jest nam odjęta.

 

Tomasz jednak z uporem wraca do jednego zdania o noszeniu krzyża. Zapomina przy tym o wymowie całej reszty Ewangelii.

 

 

Cz II R XII

„Tylko przez wielkie cierpienie można wejść do Królestwa niebieskiego”.

 

Tomasz powołuje się na Dz 14, 22: „W tym mieście głosili Ewangelię, umacniając dusze swych uczniów, zachęcając do wytrwania w wierze, bo przez wiele ucisków trzeba nam wejść do Królestwa Bożego”.

 

Paweł i Barnaba zachęcali do wytrwania w wierze mimo przeciwieństw, a nie do szukania cierpień. Wytrwać, znieść cierpienie  to co innego niż specjalnie szukać cierpienia. Uciski były przeszkodą, czymś niepożądanym, niechcianym przez uczniów. Chodzi o to, aby uciski nie zachwiały naszej wiary, nie zniechęciły nas, a nie o to, żeby ją podtrzymywały. Nie szukamy ucisków, ale staramy się w nich wytrwać, jeśli już jest taka konieczność. Jeśli doznajemy ucisków to nie znaczy, że nasza wiara jest nieprawdziwa – to chcieli pokazać apostołowie. Wierzymy wbrew uciskom, które by mogły wskazywać na to, że Bóg o nas zapomniał. Paweł nie chciał, abyśmy zwątpili z powodu ucisków. To był sens jego listu.

 

 

Potępienie radości i zadowolenia z życia

 

Cz I R XXI

„Jeżeli chcesz się doskonalić, trwaj w bojaźni Bożej i  nie pragnij zbytniej swobody, lecz trzymaj zmysły w ryzach i  nie oddawaj się pustej wesołości. Wzbudź w sobie żal serdeczny, a znajdziesz prawdziwą pobożność”.

 

Tomasz zaleca postawę czujności i wyzbycia się swobody i wesołości, jakoby pustej, czyli bezwartościowej. Wartość ma za to żal. Co Tomasz ma na myśli mówiąc, że trzeba trzymać zmysły w ryzach? Nie patrzeć na rzeczy piękne? Nie jeść rzeczy smacznych? Nie słuchać muzyki? Nie dotykać ludzi? Chyba chodzi mu o to właśnie. Tylko jaki z tego pożytek?  I czy jest to realistyczne wymaganie?

 

Cz I R XXI

„Żal otwiera nas ku dobremu, co tracimy zwykle przez zobojętnienie. To dziwne, że człowiek może się tutaj tak świetnie weselić, skoro już zna i rozumie swoje wygnanie i wszystkie niebezpieczeństwa grożące duszy”.

 

Jeśli żal otwiera nas ku dobremu, to dlaczego nie cieszyć się z tego, że znalazło się dobro? W jaki sposób się to dobro przejawia, skoro bez przerwy mamy trwać w żalu?

 

A może właśnie człowiek chce się weselić dlatego, że zna swe tragiczne położenie?

 

Jak mówi Kohelet, wielki znawca marności spraw tego świata:

 

„Nuże więc! W weselu chleb twój spożywaj i w radości pij swoje wino!

Bo już ma upodobanie Bóg w twoich czynach.

Każdego czasu niech szaty twe będą białe,

olejku też niechaj na głowę twoją nie zbraknie!

Używaj życia z niewiastą, którąś ukochał,

Po wszystkie dni marnego twego życia,

Których ci Bóg użyczył pod słońcem.

Po wszystkie dni twej marności!

Bo taki jest udział twój w życiu i twoim trudzie, jaki zadajesz sobie pod słońcem”. (Koh 9, 7-9)

 

 

Czy także nie dla naszego pocieszenia i ukojenia dany nam został Chrystus i Jego dobra nowina? Dlaczego się z tego nie cieszyć? On nas uwolnił od grzechu, wybaczył nasze winy. Jeśli Mu wierzymy, nie będziemy rozpatrywali swych grzechów w nieskończoność, ale zapomnimy o nich. Człowiek z wiecznym poczuciem winy to człowiek przygnębiony, przewrażliwiony, smutny, odsunięty od ludzi, lękliwy. To człowiek neurotyczny. Nieakceptujący siebie i swych słabości, perfekcjonista załamany, jeśli widzi choćby małą skazę na tym swoim idealnym obrazie, do którego dąży. Tomasz nie ma dla siebie wyrozumiałości. Nie wierzy, że Bóg zbawia grzeszników, ludzi nieczystych, niedoskonałych. Chrześcijaństwo zachęca ludzi nie do pozostawania w cierpieniu i żalu, ale do wiary w to, że Bóg nas kocha takimi, jakimi jesteśmy. Owocem Ducha jest radość.

 

Cz I R XXI

„Przez lekkomyślność i pobłażliwość dla zła, które w nas tkwi, nie potrafimy odczuwać bólu duszy, ale często śmiejemy się głupio, kiedy powinniśmy raczej płakać. Prawdziwa wolność i prawdziwa radość jest tylko w bojaźni Bożej i w czystym sumieniu”.

 

Głupi śmiech nie jest prawdziwą radością. Tylko jeśli boimy się Boga i jesteśmy doskonali, możemy się cieszyć prawdziwie. Tak, jestem doskonały i boję się Boga, który zaraz skontroluje tą moją doskonałość. Lepiej mieć się na baczności, żeby Go nie zagniewać. Unikać wszystkiego na tym świecie. Niczego nie dotykać, nie słuchać, nie widzieć. Wszystko może skusić nas do zła. Wycofać się w siebie. Najlepiej pozbyć się ciała. Byleby czysta jak kryształ dusza zadowoliła Boga. Neurotyczna koncentracja na winie i konieczności cierpienia dla jej zmazania, żeby zadowolić groźnego Boga. Taki obraz Boga prześladuje Tomasza: Bóg kontroluje każdy nasz ruch, wskazuje nam palcem każdą skazę, grozi nam piekłem, jeśli jej nie zmażemy. A przecież Chrystus wziął na siebie nasze winy, poniósł nasze grzechy, właśnie aby nas od tej obsesji neurotycznej uwolnić, abyśmy nie bali się Boga, zaufali Mu. Bóg nie liczy naszych grzechów, nie przestaje nas kochać, kiedy grzeszymy. Jego łaska obejmuje grzeszników, którzy wierzą w Jego wspaniałomyślne przebaczenie i miłosierdzie. Koncentracja na winie i karze to zaprzeczenie chrześcijaństwa. Bóg nam przebacza. Tomasz jednak nie umie przebaczyć sobie.

 

 

Świat jako marność

 

 

Tomasz uważa, że świat zewnętrzny jest próżny, to znaczy nic niewart. Czy Jezus tak uważał? Nigdy nic takiego nie powiedział. Cały judaizm był przesiąknięty wdzięcznością dla Boga za Jego hojne dary, dar życia i korzystania z jego uroków. Jezus musiał myśleć podobnie. Jezus wiedział rzecz jasna, że świat nie jest doskonały, jest w nim zło, grzech i cierpienie. Ale ogłaszał nadejście Królestwa, które wyruguje zło z tego świata. Świat będzie przemieniony. Czy Jezus odsunął się z tego świata z powodu jego ułomności i nieczystości? Nie gardził darami Boga i nie unikał ludzi. Wszedł w ten świat, doświadczając dobra i zła, nie unikając niczego, bez lęku. Na tym ma polegać prawdziwe Jego naśladowanie. Na afirmacji życia pomimo świadomości jego ułomności i niedoskonałości. Na zaufaniu Bogu i nadziei na ostateczny Jego triumf nad złem.

 

Cz I R XX

„Cóż mógłbyś ujrzeć takiego, co trwałoby dłużej pod słońcem? Myślisz, że mógłbyś się nasycić, lecz to ci się nie uda. Gdybyś nagle ujrzał wszystko przed sobą – czyż byłoby to coś więcej niż złuda? Podnieś oczy do Boga na niebie i módl się za swoje grzechy i zaniedbania”.

 

Tomasz ciągnie myśl Koheleta o marności i nietrwałości rzeczy tego świata. Tak, to prawda, tak mówi Kohelet. Trudno się z tym nie zgodzić. Jednak Kohelet, w przeciwieństwie do Tomasza, nie gardzi tymi rzeczami. Przeciwnie, każe z nich korzystać, póki mamy taką możliwość. Kohelet widzi w świecie wiele dobra i szczęścia i prezentuje podejście „carpe diem”, bo nie wiadomo, jak długo będziemy cieszyć się życiem. Jeśli coś przemija, nie znaczy, że nie ma wartości. Smutne jest przemijanie, ale źle gardzić darami Boga. Rzeczywiście, natura ludzkich pragnień jest taka, że nie da się ich raz na zawsze zaspokoić. Trzeba to czynić regularnie: jeść, spać, uprawiać seks, pracować, odpoczywać. Dlatego Kohelet nazywa zaspokajanie pożądań i potrzeb pogonią za wiatrem. Nie da się go złapać i mieć na zawsze. W końcu czeka nas klęska. Kohelet jednak wcale nie mówi, abyśmy w takim razie szukali Boga, bo On jest źródłem wiecznego szczęścia. Kohelet tego nie wie, nie ma zdania na ten temat. Jest pesymistą i egzystencjalistą. Na pewno nie uczy, aby odrzucać dobra tego świata w celu uzyskania większych dóbr po śmierci.

 

Według Tomasza ten świat to tylko złuda. Jakież to buddyjskie, a nie chrześcijańskie. Ten świat według chrześcijan jest dziełem Boga. Czyżby miał On stworzyć złudę? Na tym twierdzeniu o złudzie opiera Tomasz swe żądanie odseparowania się od świata. Czy w nauczaniu lub życiu Jezusa jest coś, co świadczy, że uznawał On świat za złudę? Stąpał On twardo po ziemi, traktował poważnie ludzkie problemy. Mówił o Królestwie niebieskim, którego ludzie pragną i oczekują. Królestwo to nie jest z tego świata, jest naszą nadzieją na koniec bólu, łez i cierpień, a zwłaszcza śmierci. Jezus każe nam się troszczyć właśnie o Królestwo, porzucić nadmiar trosk, nie zabiegać o pieniądze, władzę, poważanie, ale tylko o Królestwo, cenną perłę, skarb. Królestwo jest wieczne i prawdziwe. Stąd niektórzy wyciągną wniosek, że życie w świecie nie jest prawdziwe i wartościowe, tak jak skarby Królestwa. Chodzi tu o uzmysłowienie sobie względności i ulotności naszego życia i świata. Droga jednak do absolutu nie wiedzie według Jezusa przez zaprzeczanie wartości świata. Musimy działać w tym świecie, który jest nam dany. To wszystko, co mamy. Widocznie świat ten jest wartościowy i sensowny i potrzebny w sposób, o którym Tomasz nie ma pojęcia. Wola Boga może dziać się na niebie jak i na ziemi, prosimy Boga o chleb powszedni, czyli zaspokojenie potrzeb ziemskich. Bycie w świecie i działanie w świecie i z ludźmi jest częścią planu Boga wobec ludzi i nie możemy się od tego wymigać. To by było tchórzostwo i wygodnictwo.

 

 

 

 

Cz I Rozdz. XXII

„Jeść, pić, czuwać, spać, odpoczywać, pracować i ciągle podlegać koniecznościom życia to przecież jedna wielka nędza i smutek dla człowieka pobożnego, który pragnąłby się wyzwolić i uwolnić od grzechu.

Wielkim obciążeniem w życiu człowieka wewnętrznego są potrzeby ciała. Dlatego to Prorok błaga gorąco, żeby był od nich wolny: wyrwij mnie, Panie z więzów moich potrzeb! Biada tym, którzy nie znają swojej nędzy! Ale jeszcze bardziej biada tym, którzy ukochali to nędzne i kruche życie!”

 

Tymczasem psalmista z Psalmu 25, wers 17, na który powołuje się Tomasz, mówi takie słowa: „Oddal uciski mego serca, wyrwij mnie z moich udręczeń!” Psalmista prosi Boga o zakończenie udręki i boleści, o przebaczenie. Nie ma tu nic o wyrywaniu z więzów potrzeb. Psalmista chce zaznawać szczęścia w życiu, odwrotnie niż Tomasz. Tomasz chce uciec  z życia, bo męczą go potrzeby ciała. Psalmista ceni sobie radość i szczęście życia, pragnie tego. Tomasz pragnie też szczęścia, ale z góry zakłada, że na tym świecie go nie osiągnie. Myśli, że jeśli go porzuci, jeśli nie będzie czuł potrzeb, w ten sposób osiągnie lepsze, prawdziwsze szczęście. Psalmista zadowala się małym ziemskim szczęściem. Dla Tomasza to za mało, ma większe ambicje. Pogardliwie odrzuca małe i ulotne radości zmysłowe. On jest przeznaczony do czegoś lepszego. Uważa, że Bóg dał te ziemskie radości tylko w celu mnożenia pokus, zwodzenia nas. Uważa Boga za wielkiego kusiciela. I kontrolera wymierzającego kary, cieszącego się z naszych cierpień.

Tomasz zapomina o tym, że to kruche i nędzne życie dał nam Bóg w jakimś celu. Może ta kruchość jest potrzebna, tak samo jak małe radości cielesne? Tomasz odrzuca dar Boga.

 

 

Cz I Rozdz. XXII

„O niemądrzy i niewiernego serca ci, co tak głęboko pogrążyli się w sprawach ziemskich, że nic nie znają prócz ciała! Nieszczęśni, jakże boleśnie w końcu odczują, jak liche i znikome było to, co ukochali.

Święci Pańscy i wszyscy prawdziwi przyjaciele Chrystusa nie szukali przyjemności ani blasków życia, ale z nadzieją i tęsknotą wzdychali do wiekuistej szczęśliwości.

Wznosili się swoim pragnieniem ku temu, co trwałe i niewidzialne, aby miłość do rzeczy widzialnych nie ściągnęła ich w dół”.

 

Chrześcijaństwo uczy, że miłość do rzeczy widzialnych ściągnęła w dół samego Boga. Sam do nas przyszedł, nie skorzystał ze sposobności, aby być na równi z Bogiem, ale zszedł do nas w dół. Z miłości. My jesteśmy tymi rzeczami widzialnymi. Jak może miłość do ludzi ściągać nas w dół? Ona nas przybliża do Boga, pociąga w górę.

 

Staje mi przed oczami denerwujący świętoszek, odwracający z lękiem i zakłopotaniem wzrok od pięknej kobiety, poszczący, zamknięty w sobie, który „wzdycha do wiekuistej szczęśliwości”, nie pamiętając, że Królestwo już jest wśród nas. Trzeba się tylko rozejrzeć. Czy naprawdę nic lepszego od wzdychania nie ma na tym świecie?

 

Czy Bóg po stworzeniu tego świata wzgardził nim, przestał o niego dbać, ponieważ uważał go za bezwartościowy? Nie. Bóg Starego Testamentu walczy ciągle o ten świat, o ludzi i całe stworzenie, żeby nie zgubić ich, żeby zjednoczyć ich na powrót ze sobą, przywrócić nam szczęście. Ten świat to wszystko, co nam dał. Troszczy się o niego. Ceni go. Chce go naprawić, udoskonalić, ale nim nie gardzi. Tak bardzo mu na nim zależy, że sam przychodzi w ciele, w ten sposób dowartościowując ciało w sposób najwyższy. Świat jest Mu drogi, cenny. Świat ma dla niego wartość. Bóg poszukuje człowieka. Bóg kocha świat. Tak też i my chcąc Go naśladować mamy świat kochać, mamy się w nim zanurzać i działać, nie odsuwać się od niego i lękliwie przed nim uciekać. Jeśli Bóg dał nam potrzeby, to po to, żebyśmy je zaspokajali. Gdyby chciał, żebyśmy uciekli od świata, to po co by go stwarzał? Świat ma sens. Życie w świecie ma sens, czasem dla nas zakryty. Ma sens, mimo że wydaje się nam czasem marnością. Czy jest marnością w oczach Boga? Nie. Jego miłość zamienia marność w wartość. Każde dziecko jest wartością w oczach kochającego rodzica, choćby nikt inny tej wartości nie dostrzegał.

 

Cz II R. X

„Uroki świata są marne i jałowe. Jedynie duchowe dobra są radosne i szlachetne, płynące z cnoty i wlane przez Boga w duszę czystą”.

 

Bóg u Tomasza jest oddzielony od świata. Bóg nie ma nic ze światem wspólnego, nie mieszka w nim. Nie przejawia się w stworzonym świecie. Radość ze słuchania muzyki czy uprawiania seksu nie ma nic wspólnego z Bogiem. Miłość i czułość do przyjaciela nie ma nic wspólnego z miłością Boga.

 

 

Cz III R I

„Czymże są rzeczy doczesne, jeśli nie złudzeniem?”

 

Może darem Boga, którym nie możemy gardzić.

 

 

Cz III R XII
„Szczęściem będzie ci porzucenie wszystkiego, co daje świat i odmowa wszystkich niskich zaspokojeń; a w zamian otrzymasz szczęście głębokie. A im bardziej odsuniesz się od radości, jakie dać mogą ci inni, tym potężniejsze szczęście odnajdziesz we mnie”.

 

Co to są niskie zaspokojenia? Biologiczne? Psychiczne? Zaspokojenie głodu, potrzeby odpoczynku, rozmowy, zabawy, seksu? Cóż Bogu z tego przychodzi, że nasze potrzeby są niezaspokojone?

 

Cz II R I

„Cóż za sens pokładać zbyt wielką nadzieję w kruchym śmiertelnym człowieku, nawet gdyby ci był pomocny i bliski, bo gdy nagle odwróci się od ciebie i zdradzi, wielkim smutkiem za to zapłacisz. Ci, którzy dzisiaj są z tobą, jutro mogą wystąpić przeciw tobie, bo ludzie obracają się jako wiew wiatru”.

 

Tomasz mało miał zaufania do ludzi. Nie lubił najmniejszego ryzyka w życiu. Darząc kogoś uczuciem i przyjaźnią trzeba zaryzykować, że utrata tego uczucia może zaboleć.  Nie można nie cenić przyjaźni tylko dlatego, że jest szansa, że się ona skończy. Jest też szansa, że przetrwa całe życie. Tomasz nie ceni przyjaźni. On chce się kolegować z samym Bogiem tylko, wszystkie inne przyjaźnie z ludźmi odrzuca.

 

Cz II R I

„Nic tak nie plami i nie oplątuje serca ludzkiego, jak niedobra miłość ziemska. Jeśli odejdziesz od zewnętrznych radości, będziesz mógł myśleć o rzeczach Bożych i cieszyć się szczęściem wewnętrznym”.

 

Na dowód tego przytacza Tomasz wers 3 Psalmu 77:

 

Wersja z Biblii Tysiąclecia:

„Szukam Pana w dzień mojej niedoli.

Moja ręka w nocy niestrudzenie się wyciąga,

Moja dusza odmawia przyjęcia pociechy”.

 

Wersja w tłum. Cz. Miłosza:

„W dzień mojego utrapienia szukam Boga,

Ręka moja w nocy wyciągać się nie przestaje

I dusza moja niepocieszona”

 

Widać, że Tomasz znał wersję, gdzie nieszczęśliwy człowiek odmawia przyjęcia pociechy. Tym się Tomasz zainspirował, ignorując wymowę całego tekstu, który jest błaganiem Boga o pomoc i hymnem na cześć Jego mocy.

 

Co Tomasz uważa za „niedobrą miłość ziemską”? Tego niestety nam nie tłumaczy. Czy to miłość do żony, do dzieci, do przyjaciół, do rodziców? Czy taka miłość może splamić i oplątać serce? A może ma na myśli toksyczną miłość? Wtedy byłby prekursorem współczesnej psychologii! Niestety, nie jest jasne, jaka to miłość jest niedobra dla Tomasza.

 

Cz II R. V

„Uważaj za marność pociechę, która pochodzi od ludzi. Dusza miłująca Boga nie ceni tego, co mniejsze od Boga”.

 

Tomasza nieufność do ludzi może mieć źródła w jakichś trudnych życiowych doświadczeniach. Może był zdradzony, niekochany, upokarzany? Zdaje się, że niewiele dobrego spotkało go od ludzi. Zawiódł się na nich. Przeżył wielkie rozczarowanie.

 

Bóg właśnie przemawia do nas w uniżeniu poprzez swoje dzieła, stworzenie, przez ludzi, naturę. Bóg ceni to, co stworzył, ale Tomasz ma to całe stworzenie w pogardzie. Dla niego liczy się tylko to, co najlepsze: Bóg. Niczym zawiedzione dziecko, Tomek mówi: „Nie chcecie się ze mną bawić, no to dobra, ja mam coś lepszego, czego wy nigdy mieć nie będziecie. Nie jesteście mi do niczego potrzebni, wy beznadziejni ludzie. Ze mną się bawi sam Bóg”.

 

Cz III R V

„Miłość pragnie wznosić się wysoko, a nie grzęznąć w niskich popędach. Miłość pragnie być wolna i obca wszelkiej czułostkowości, aby nic nie przeszkadzało jej wewnętrznemu spojrzeniu, aby żadne przemijające szczęście nie uwikłało jej w drodze i nie zepchnęło w nieszczęście”.

 

Zagrożenie ze strony miłości czułostkowej. Niskie popędy to zdaje się seks? Czy miłość grzęźnie w seksie i czułości? Chyba jest odwrotnie. Czuła miłość fizyczna potęguje miłość w związku. Rozkosz seksu daje nam niejakie pojęcie o duchowych rozkoszach miłości Boga. No ale skąd miał to wiedzieć Tomasz?

 

CZ III R X

„Ci, którzy dla Twojej miłości wyrzekną się miłości ziemskiej, odnajdą dogłębną pociechę Ducha Świętego”

 

Znowu mamy to Boga, który potrzebuje naszych wyrzeczeń i w zamian ofiarowuje nam pociechę. Czyli Duch Święty pociesza tylko celibatariuszy i tych, którym brak przyjaciół?

 

Człowiek jako proch i nędza. Beznadziejne uwikłanie w grzech.

 

Cz III R IV

„Nauczę cię – mówi Prawda – co jest słuszne i dobre w moich oczach. Uprzytomnij sobie swoje winy z wstrętem i żalem i nigdy nie dopuść myśli, że jesteś kimś przez to, co zdarza ci się uczynić dobrego. W istocie jesteś grzeszny, podległy namiętnościom i uwikłany w sobie.

Sam z siebie nie osiągasz niczego, od razu się chwiejesz, od razu upadasz, od razu wpadasz w rozterkę, od razu rezygnujesz. Nie ma w tobie nic, czym mógłbyś się chlubić, jest natomiast wiele tego, co czyni cię nędznikiem, bo jesteś słabszy niż sam o sobie mniemasz”.

 

Tomasz czuje konieczność utrzymywania negatywnego obrazu własnej osoby. Jest boleśnie świadomy swojej słabości. Czuje się beznadziejnie uwikłany w nieskończoną pętlę wysiłków, ostatecznie i tak prowadzących do porażki.

 

Cz III R VIII

„Będę mówił do Pana, choć jestem proch i popiół. Gdybym myślał o sobie lepiej, Ty sam wystąp przeciwko mnie, moje winy wydadzą świadectwo prawdy, nie potrafię im zaprzeczyć.

Jeśli zaś się ukorzę, jeśli przyznam, że jestem niczym, i wyrzeknę się dobrego mniemania o sobie, i tak jak jestem, uczynię się prochem, łaska Twoja będzie mi życzliwa, bliska sercu Twoja jasność, wszelkie choćby najmniejsze zarozumialstwo utonie w otchłani mojej nicości i zginie na wieki”.

 

Bóg jest dla Tomasza dominującym tyranem, który chce poniżać swoje stworzenia. Jest łaskawy tylko pod warunkiem, że człowiek będzie się przed Nim poniżał.

 

 

Cz I Rozdz. XXI

„A im jaśniej siebie widzi, tym bardziej cierpi. Powodem tego słusznego bólu i dogłębnego żalu są nasze wady i winy, leżymy oplątani nimi tak, że trudno nam już dostrzec sprawy nieba”.

 

Spirala nieskończonych cierpień. Tu akurat Tomasz ma rację: jeśli tak będziemy rozpaczać i się dręczyć winą, nigdy nie ujrzymy Boga. Tylko ten, kto ufa przebaczającej wszystko miłości Boga, zdoła Go ujrzeć. Leżąc i jęcząc nad swoją marnością tylko pogrążamy się w otchłani zła. To nie grzech nas zniewala i powala, ale brak jego akceptacji, brak wiary w to, że jest on przebaczony. Tomasz każe nam się pogrążać w bólu, nie widzi drogi wyjścia. Jest zamknięty na przebaczenie, tkwi w sztywnym lęku przed karą. Samopotępienie, nieustanne koncentrowanie się na winie, lęku i grzechu prowadzi do chorób psychicznych.

 

No tak, leżenie i jęczenie nie wyprowadzą nas ze zniewolenia grzechem. Tylko wiara to potrafi. Tylko wiara polegająca na bezgranicznym zaufaniu Bożej miłości, która nas całkowicie akceptuje.

 

CZ III R XIV

„Grzmią nade mną Twoje wyroki, Panie, aż moje kości drżą ze strachu i lęka się we mnie bardzo dusza. Stoję struchlały i myślę, że nawet niebiosa nie są w Twoich oczach bez skazy”.

 

Bóg postrzegany jako zatwardziały sędzia ferujący straszliwe wyroki. Nieprzebaczający. Niebiosa nie są w stanie zadowolić wymagającego Boga. Bóg wzbudza lęk, nie miłość.

 

Wizja alternatywna naśladowania Chrystusa

 

Na tym właśnie polega nasz los, żebyśmy żyli zanurzeni w tej doczesnej, nietrwałej i niedoskonałej rzeczywistości. Mimo, że mamy ochotę od niej uciec, by pogrążyć się w słodkiej kontemplacji Boga. To właśnie ten krzyż, który mamy nieść.

 

Iść śladami Jezusa to właśnie znosić to życie wraz z jego nieodłącznym cierpieniem, ale też radością i szczęściem. Ucieczka z tego świata nie jest naśladowaniem Chrystusa. Uciekniemy z niego tak czy inaczej przez śmierć. Wcześniej nie ma sensu próbować tego dokonać. Tego uczy Jezus: weź swój krzyż, czyli zaakceptuj to, co masz, czym jesteś, czym jesteś otoczony i żyj w tym. Zaakceptuj ten świat, w którym i Jemu przyszło żyć. Jezus nie uciekał od rzeczywistości, On jej stawiał czoła, uczestniczył w niej. Nie odwracał bez przewry oczu w stronę nieba. Odłączał się, aby znaleźć wytchnienie, pokój i Bożą radość. Odchodził w miejsce samotne, aby nabrać sił w modlitwie. Tak i my mamy postępować za Jego przykładem.

 

Na koniec zacytuję dwóch polskich poetów.

 

„Bo kto ziemi nie dotknął ni razu…” – dotykać ziemi, żyć prawdziwie, zanurzyć się w danej nam rzeczywistości – to warunek naszej Paschy, naszego przejścia w wieczność.

 

Norwid pisze tak: „Kto, nie kochając nic, rozumie, że przez to samo kocha Boga – ten musi zarazem utrzymywać, że obojętność jest religią. Pogardzać wszystkim prócz Boga, jest to zarazem w pewnym względzie i Jego samego mieć w pogardzie”.

 

Wiele wysiłku potrzeba teraz, aby odwrócić skutki wielowiekowego myślenia o chrześcijaństwie w kategoriach cierpienia, winy i lęku. Mam nadzieję, że obraz ten ulegnie transformacji i ukaże nam prawdziwe Oblicze Boga bezgranicznej przebaczającej miłości.

Kosmiczny optymizm

Skąd właściwie pojawia się dyskusja o powszechnym zbawieniu? Zdawać by się mogło, że Kościół potępiając w VI wieku wiarę w apokatastazę dał ostateczny wyraz swojej opinii, a  zatem wiara w wieczne piekło jest jedyną ortodoksyjną postawą. Jednak nasze wyznanie wiary definiujące główne dogmaty chrześcijaństwa nic na ten temat nie mówi. Przeciwnie, bardzo pozytywnie wyraża naszą wiarę w ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny. Oprócz tego wszystkiego, człowiek musi mieć pewien dystans do Kościoła i ortodoksji. Wierzę tylko i wyłącznie w Boga odpuszczającego wszystkie grzechy wszystkim ludziom, bez żadnych wyjątków. Wiara w innego Boga nie ma dla mnie najmniejszego sensu, można sobie dać z nią spokój. Nie miałabym ochoty dążyć do Boga, który zdolny byłby do tak straszliwej kary, jaką jest wieczne piekło. Nie chciałabym mieć nic wspólnego z takim Bogiem, którego sama przewyższam współczuciem dla ludzi. Otóż Bóg, w jakiego wierzę, przewyższa każde ludzkie pojęcie o współczuciu i czułości. Jego istotą jest miłość, która może przybierać niekiedy postać gniewu i kary oczyszczającej. Ale jest to miłość, która wszystko może, która zwycięża wszystkie przeciwności, pokonuje grzech i cierpienie. To jest sedno dobrej nowiny. Każda inna nowina jest zła, ponieważ dopuszcza istnienie w wieczności sytuacji zgubnej i przerażającej, nawet jeśli miałaby ona być udziałem jednej jedynej istoty.

Wróćmy do źródeł: Biblia. Dlaczego właściwie Biblia w sposób jednoznaczny nie rozstrzyga tej kwestii? Dlaczego nie jest to jasno, wyraźnie, wielokrotnie, jednoznacznie powiedziane w Biblii? Dlaczego obok fragmentów podtrzymujących wiarę w zbawienie powszechne są też takie, które wydają się jej zaprzeczać? Takie pytanie można zadać odnośnie wielu spraw niejednoznacznie rozstrzygniętych w Biblii, na przykład kwestii Jezusa jako wcielenia Boga. Poza tym Biblia stanowi pewien zbiór punktów widzenia poszczególnych autorów ksiąg. Ich opinie są często sprzeczne ze sobą. Biblia jest zbiorem ksiąg, których autorzy poszukują Boga. Jednak nie jest samym Bogiem w sensie absolutu, nie jest absolutną prawdą. Jest poszukiwaniem takiego opisu, który najlepiej jak to możliwe tą prawdę oddaje. I tak w zależności od czytelnika, Biblia się zmienia. Jednemu czytelnikowi wydają się istotne jedne fragmenty, a innemu zupełnie inne. Jeden przypisuje największe znaczenie czemuś, na co inny nie zwrócił w ogóle uwagi. Na treść Biblii miały wpływ osobiste doświadczenie jej autorów, sytuacja społeczna, gospodarcza i historyczna, w jakiej żyli. Zatem czy nie pozostaje nam nic innego, jak tylko dowolnie wybrać sobie to, co zgadza się z naszym sposobem myślenia? Na przykład jeśli uważam, że zbawienie jest tylko dla ograniczonej liczby osób, znajdę na to odpowiednie cytaty z Biblii. Jeśli jednak wolałabym uwierzyć w zbawienie powszechne, nie zawiodę się również: znajdę cytaty potwierdzające moją opinię. Tak jest w wielu kwestiach. Można jednak wysnuć wniosek o pewnej ewolucji obrazu Boga w dziejach człowieka, przekazanej w Biblii. Dla chrześcijanina ukoronowaniem tej ewolucji jest obraz Boga Nowego Testamentu, o którym świadczył Jezus w swoim życiu. Należy zatem zbadać sedno przesłania Jezusa, aby dojść do wiarygodnych wniosków w kwestii zbawienia powszechnego. Patrzmy na to, co robił i mówił Jezus. Na czym naprawdę polegała przełomowość Jego nauczania, skoro chrześcijanie nazwali je Dobrą Nowiną? Czy jest możliwe, by była ona dobra tylko dla niektórych? Czy dobroć Boga miałaby być w jakiś sposób ograniczona? Jeśli wieczne piekło istniałoby, chrześcijaństwo nie byłoby na pewno stuprocentowo dobrą nowiną. Powiem więcej, byłoby nowiną tragiczną dla wielu, a z pozostałej reszty zasiadającej szczęśliwie w Królestwie czyniłoby istoty bez serca, pozbawione współczucia i litości. W tej reszcie mieściłby się też niestety sam Bóg. Można by wtedy nazwać chrześcijaństwo dobrą nowiną z zastrzeżeniem: „nie dla wszystkich”, albo ewentualnie złą nowiną z zastrzeżeniem: „z pewnymi wyjątkami”.

Religia i wiara w Boga są potrzebne mi po to, aby przezwyciężyć nieuchronny pesymizm i klęskę życia doczesnego. Nie znaczy to, że nadzieje swoje kieruję wyłącznie na życie wieczne rozumiane jako życie po śmierci. Życie wieczne jest obecne już tu na ziemi, jego możliwość jest dana tu i teraz każdemu człowiekowi. Wiara jest dla mnie „kosmicznym optymizmem”. Określenie to zapożyczyłam od Johna Hick’a, teologa i filozofa religii, który twierdzi, że istotą każdej religii jest głoszenie dobrej nowiny. Polega ona na tym, że każdemu człowiekowi dana jest możliwość osiągnięcia najwyższego dobra i szczęścia, udziału w Boskiej rzeczywistości, wykraczającej poza świat obecny, który jest niedoskonały, skażony grzechem, pełen cierpień. Religie dają nadzieję, że ostatecznie wszyscy zamieszkamy w królestwie niebieskim, w Boskiej rzeczywistości, która wolna będzie od zła, grzechu i cierpienia, w której doznawać będziemy rozkoszy zjednoczenia z Bogiem. W chrześcijaństwie nazywamy to zbawieniem. Chrześcijaństwo jest dla mnie religią kosmicznego optymizmu.

Gdzie należy szukać źródeł tego, że Kościół postanowił w VI wieku potępić ideę apokatastazy, głoszoną chętnie przez wielu wybitnych Ojców Kościoła? Należy tu winić św. Augustyna i jego neurotyczne zamknięcie się w poczuciu winy, grzeszności i lęku. Oto wygrała mroczna koncepcja Augustyna i jego naśladowców, przekonanych, że argument strachu i potępienia jest bardziej efektywny w nawracaniu ludzi niż argument przebaczenia i miłości. Z pewnością sądzili według siebie. Tacy właśnie byli: chcieli Boga nie dlatego, że przyciągała ich Jego miłość, ale dlatego, że bali się straszliwej kary. Tak sobie wyobrażali Boga: jako surowego karzącego sędziego. Nie jako miłosiernego Ojca, który tęskni do każdego marnotrawnego syna i będzie na niego czekał tak długo, aż on nie zjawi się na progu Jego domu. Oto fragment kazania biskupa Augustyna: „Moim obowiązkiem jest udzielić wam należytej przestrogi poprzez cytat z Pisma Świętego: Nie omieszkujcie zwrócić się ku Panu, ani nie zwlekajcie z dnia na dzień, nie wiecie bowiem kiedy spadnie na was Jego gniew. Bóg jeden wie, jak dygocę na moim biskupim tronie, gdy słyszę tę przestrogę. Nie mogę milczeć, muszę wam o tym mówić. Sam będąc przejęty strachem i was nim napełnię.”

Dlaczego jednak Augustyn uwikłał chrześcijaństwo w mroczną teologię wiecznego potępienia? Uważał on, że zbawienia dostąpią tylko wybrani, przeznaczeni do zbawienia przez Boga mocą Jego arbitralnej decyzji, której powody pozostają dla człowieka nieprzeniknione. Jeśli Bóg przeznaczył jakiegoś nieszczęśnika na potępienie, to choćby stawał on na głowie, błagał, rozpaczał, modlił się, to i tak nic to nie pomoże. Wola Boga! Bóg Augustyna mówi tak do potępieńca: „Cóż, postanowiłem, że pójdziesz do piekła, więc mi tu histerii nie urządzaj. Nie zmieniam zdania, moja natura jest niezmienna! Łaska moja nie każdemu się należy, jest ograniczona, przecież św. Augustyn świetnie ci to wyłuszczył! Co by to było, gdyby każdy tak  przychodził i brał sobie moją łaskę! Zaraz by mi się zapas wyczerpał. Nie martw się, łaską swoją rozporządziłem jednak najdoskonalej jak to możliwe, jestem wszak doskonały i wszystko, co czynię jest doskonałe. Dlaczego ty jednak, grzeszniku, nie uważasz, że pomysł z wsadzeniem ciebie do wiecznej czeluści był doskonały? Czegoś tu nie rozumiem…., ale nie, po cóż te niepotrzebne wątpliwości: przecież to ty, grzeszniku, nie rozumiesz po prostu mojej doskonałości!” Cóż to za obraz Augustyn  stawia nam przed oczami: Bóg, skazujący człowieka na życie pomiędzy piekielną trwogą a mizerną nadzieją, życie ze świadomością, że absolutnie nic nie możemy zrobić dla naszego zbawienia! Naprawdę zachodzę w głowę jak te okrutne teorie Augustyna znalazły sobie zwolenników. Ten tragiczny fatalizm i pesymistyczny obraz człowieka jako istoty z gruntu złej i przesiąkniętej nieustanną skłonnością do grzechu – to wszystko niestety wywarło niezatarte dotąd piętno na chrześcijaństwie.

Żeby pojąć koncepcje Augustyna, musimy przypatrzeć się temu, jaką był osobą i jakie doświadczenie życiowe zaważyło na jego poglądach.  Po przeczytaniu „Wyznań” Augustyna nawet psycholog-amator dostrzeże, że jego wywody są w dużej mierze neurotyczne i świadczą o niedojrzałej osobowości, która wypiera niewygodne prawdy o sobie. Być może w analizie osobowości Augustyna odnajdziemy źródło jego bezlitosnych koncepcji o masie potępionych i garstce zbawionych, które tak dokładnie spenetrowały chrześcijaństwo, że nawet wyrażenie nadziei na powszechne zbawienie jest uważane za herezję!  Augustyn męczył się straszliwie w poczuciu winy, które sprowadzało na niego niemal każde najzwyklejsze codzienne wydarzenie. Szkoda, że nie mógł sobie poczytać „Neurotycznej osobowości naszych czasów” Karen Horney, bardzo by mu to pomogło, oczywiście gdyby nie to, że Karen Horney to kobieta. Z pewnością uznałby za niedorzeczność, że jakaś kobieta jest mu w stanie coś ciekawego powiedzieć. Jej wywody uznałby za pozbawione wartości, być może nawet szatańskie. A szkoda, dobra psychoterapia Augustyna byłaby z korzyścią dla rzesz chrześcijan. Augustyn swe zwykłe ludzkie słabości i pragnienia uznawał często za straszliwie niegodziwe. Myśl, że Bóg mógłby łaskawie przebaczyć mu grzechy była dla niego za dobra, aby być prawdziwą. Nie czuł się godny tej miłości w obliczu swych grzechów, które postrzegał jako wielkie i straszne. To poczucie winy było po części uzasadnione, ponieważ postąpił, łagodnie mówiąc, niehonorowo, oddalając od siebie ukochaną długoletnią towarzyszkę życia, z którą miał zresztą syna. W moim przekonaniu ta wielka strata Augustyna, cierpienie i poczucie wyrządzonej tej kobiecie krzywdy w połączeniu z manichejską pogardą dla świata wytworzyły teologię potępienia i kary odwetowej. Był on człowiekiem niewątpliwie tragicznym i rozdartym wewnętrznie, dlatego mu współczuję.

Tak jak Augustyn, wielu ludzi nie może sobie pewnych rzeczy wybaczyć, a to zamyka ich na łaskawą miłość Boga. Pozostają oni uwięzieni w swojej winie, spodziewając się kary Boskiej. Takiej samej sprawiedliwej kary żądają oni dla swoich bliźnich. W głowie i w sercach im się nie mieści, że Bóg traktuje ich z tak wielką łaskawością, że nie mają czego się bać. Jak mówił Jezus świętej Faustynie, ten brak wiary w Boże nieograniczone miłosierdzie rani Go najmocniej. Na tę wiarę trzeba się odważyć. Nie tak łatwo uwolnić się od ciężaru swych win. Właśnie religia pojmowana jako dobra nowina (bez zastrzeżeń) spełnia często tą terapeutyczną rolę, uwalniając ludzi z niewoli winy i grzechu i otwierając ich na nową świętą rzeczywistość.

Jednak Augustynowi nie udało się na szczęście zarazić wszystkich swymi koncepcjami. Wielu chrześcijan głosiło wiarę w zbawienie wszystkich ludzi. Na mnie największe wrażenie zrobiła mistyczka angielska Juliana z Norwich oraz ksiądz Wacław Hryniewicz, profesor KUL-u. Kiedy czytam ich dzieła, czuję, jakby kojąca miłość wlewała się w moje serce.

Juliana z Norwich żyła w Anglii w XIV wieku. Nie była zakonnicą. Mieszkała obok kościoła jako pustelnica. Bardzo pragnęła doświadczać cierpień Chrystusa, fizycznych i duchowych. Częściowo spełniły się jej pragnienia, kiedy w wieku 30 lat zapadła na ciężką chorobę. Jednak mimo to, że chciała odejść z tego świata i złączyć się z Bogiem, On przywrócił jej zdrowie i życie oraz powierzył misję przekazania ludziom swoich objawień. Juliana otrzymała od Boga ważne i cudowne przesłania, czasem sprzeczne z nauką Kościoła, które opisała w książce „Objawienia Bożej miłości”.

Ujmując rzecz w skrócie, Bóg objawił Julianie taką oto podstawową prawdę: „wszystko będzie dobrze i z urządzeniem wszystkiego będzie dobrze”. Na wątpliwości Juliany, dlaczego Bóg dopuścił istnienie zła i grzechu, Bóg odpowiada, że grzech jest konieczny. Zatem Bóg nie obwinia ludzi za ich grzeszność, ale im z powodu grzechów współczuje. Traktuje każdego z czułością i szacunkiem, nie zważając na grzech. Bóg tęskni do nas i nie będzie w pełni szczęśliwy, dopóki cała ludzkość nie zostanie zbawiona. Proces zbawienia trwa i trwać będzie „tak długo, jak trzeba”. Drogocenna krew Chrystusa ciągle przelewa się dla naszego zbawienia i wstawia się za nami u Ojca. „I płynie ona przez niebo na wieki, radując się zbawieniem całego rodzaju ludzkiego i wszystkich, którzy są i którzy będą, dopełniając liczby tych, których brakuje”

A zatem wszystko będzie dobrze ze wszystkim, a zbawienia dostąpi cała ludzkość. Takie przesłanie wydawało sią Julianie zbyt optymistyczne, zważając na naukę Kościoła: „Dziwiłam się ogromnie temu objawieniu i rozmyślałam nad naszą wiarą i zastanawiałam się nad następującą rzeczą:…. jeden z punktów naszej wiary mówi, że wielu będzie potępionych – takich jak aniołowie, którzy spadli z nieba z powodu pychy i którzy teraz są diabłami i ludzie na ziemi, którzy żyją poza wiarą Świętego Kościoła, to znaczy ci, którzy są poganami, a także każdy człowiek, który przyjął chrześcijaństwo i wiedzie niechrześcijański żywot i tym samym umiera wykluczony z miłości Boga. Święty Kościół naucza mnie, bym wierzyła w to, że oni wszyscy skazani zostaną na całą wieczność na piekło. Zważywszy to wszystko, pomyślałam, że to niemożliwe, by wszystko każdego rodzaju miało być dobrze, jak objawił to w tym czasie nasz Pan. I nie otrzymałam w objawieniu żadnej odpowiedzi od naszego Pana i Boga poza tymi słowami: „Co jest niemożliwe dla ciebie, nie jest niemożliwe dla mnie. Dochowam swego słowa we wszystkich rzeczach i wszystko będzie dobrze”

Bóg pragnie, abyśmy Go poszukiwali, abyśmy Go znaleźli i oglądali. Poszukiwanie jest równie dobre, jak znalezienie. Nawet jeśli wydaje nam się, że szukamy bezskutecznie, to jeśli wierzymy w to, że będziemy oglądać Boga, On objawi się nam, wtedy kiedy zechce. Żadne stworzenie nie jest w stanie pojąć, jak bardzo, jak słodko i z jaką czułością kocha nas nasz Stwórca. Juliana nazywa Boga swoim kochającym Przyjacielem. Bóg chce, abyśmy zaufali Jego przebaczeniu i nie pamiętali o naszej grzeszności, przygnębieniu i lęku. Kocha nas tak samo mocno i niezmiennie, gdy grzeszymy, jak i gdy czynimy dobro, gdy radujemy się i gdy smucimy. To szatan napełnia nas fałszywym lękiem przed naszą grzesznością i karą, która nam grozi. Rozpamiętywanie naszej marności cieszy szatana, który przez to odrywa nas od rozważania naszego wiecznego Przyjaciela, uprzejmego Pana.

Cudowny i ukochany przeze mnie ksiądz Wacław Hryniewicz całe swoje życie i twórczość poświęcił poszukiwaniu argumentów dla swojej nadziei uniwersalnego zbawienia. Przewertował całą Biblię, dzieła Ojców Kościoła, mistyków i teologów chrześcijańskich chcąc udowodnić, że wiara w wieczne potępienie niekoniecznie znajduje swoje źródła w tych księgach.

Kościół katolicki ciągle uczy o wieczności piekła, czyli o nieskończonej karze za skończone zło wyrządzone przez człowieka. Czy to ma cokolwiek wspólnego ze sprawiedliwością ludzką, a co dopiero Boską? Ksiądz Hryniewicz uważa, że Bóg stosuje kary w celu terapeutycznym, abyśmy w końcu zrozumieli zło, które czynimy i nawrócili się do Boga, szukając Jego łaski. Celem takiej kary jest oczyszczenie, uzdrowienie i nawrócenie, a kiedy to nastąpi – kara się kończy. Natomiast wieczna kara pozbawiona byłaby zupełnie celu i do niczego by nie prowadziła. Wyobraźmy sobie, że nasi przyjaciele wtrąceni są na wieki do piekła, podczas gdy my znaleźliśmy się w raju. Czy nasza radość byłaby pełna? Czy może Bóg wykasowałby bliskich z naszej pamięci? Ksiądz Hryniewicz pisze, że na drzwich piekła w Boskiej Komedii Dante umieścił napis: „Ci, którzy tu wchodzą, niech porzucą wszelką nadzieję”. Wobec tego na drzwiach do raju należałoby chyba umieścić napis: „Ci, którzy tu wchodzą, niech porzucą wszelkie miłosierdzie”.

Biblijny język nastręcza nam czasem trudności w interpretacji zarówno Starego, jak i Nowego Testamentu i prowadzi do wniosków o dwóch twarzach Boga: jednej okrutnej i bezlitosnej, a drugiej miłosiernej. Wydaje się, że nijak nie da się pogodzić tych sprzeczności.

Stary Testament pełen jest obrazów rozgniewanego Jahwe, pałającego żądzą zemsty i ukarania grzeszników. Weźmy księgę Izajasza, gdzie Bóg, bardzo zagniewany z powodu złych uczynków Izraela, obiecuje swemu ludowi straszliwą zemstę.

„ Dlatego rozpalił się gniew Pana przeciw swojemu ludowi,

Wyciągnął na niego rękę, by wymierzyć cios, aż góry zadrżały.

Ich trupy jak gnój zaległy środek ulic.

Mimo wszystko gniew jego się nie uśmierzył i ręka Jego jest dalej wyciągnięta” (Iz, 5,25)

Psalm 37 oznajmia: „Bo ci, którym Pan błogosławi, odziedziczą ziemię, ale których przeklnie, będą wytraceni” (Ps 37, 22)

Chrześcijanie uznając Stary Testament za część Objawienia, mają duże trudności z tymi fragmentami o bezlitosnym i karzącym Bogu. Ta wizja Boga – oskarżyciela i potępiciela, która rządziła także mną przez długie lata, zakorzeniła się w umysłach wielu chrześcijan, rodząc naukę o wiecznym potępieniu. Trzeba jednak przeciwstawić tym obrazom słowa Pisma o nieskończonej łaskawości Boga, które prowadzą do zgoła odmiennych wniosków.

Przeczytajmy fragment Psalmu 36:

„Panie, aż pod niebiosa miłosierdzie Twoje, a wierność Twoja pod obłoki!

Sprawiedliwość Twoja jest jak podniebne góry, wyroki Twoje jak wielka głębina, człowieka i zwierzę ratujesz, Panie

Jak drogocenna jest łaska twoja, Boże!

Synowie ludzcy chronią się pod cień Twoich skrzydeł

Nasycają się obfitością domu Twojego i poisz ich strumieniem rozkoszy Twoich.

Albowiem w Tobie jest źródło życia i w Twojej światłości oglądamy światło.” (Ps. 36, 6-10 w tłumacz. Miłosza)

Psalm 34 oznajmia: „Pan odkupia duszę sług swoich i nie zazna kary, ktokolwiek szuka w Nim schronienia” (Ps. 34, 23)

Psalm 30: „Bo tylko chwilę trwa jego gniew, a całe życie Jego dobrotliwość.

Z wieczora bywa płacz, ale z rana wesele” (Ps. 30, 6)

Jak pogodzić te dwie wizje Boga Starego Testamentu? Czy to w ogóle możliwe? Gnostycy, przerażeni gniewnym Jahwe, nie chcieli uznać Starego Testamentu za księgi objawione przez Boga. Dla nich starotestamentowy Jahwe był złym Demiurgiem, wręcz szatanem. A jednak: Jezus czytał Torę i nazywał Boga swoim Ojcem. On jakoś potrafił zrozumieć te sprzeczności.

Ksiądz Hryniewicz pisze o specyfice języka wywodzącego się z żydowskiej kultury biblijnej, w którym chętnie używano przenośni, wyolbrzymień, paradoksów, ostrych przeciwstawień, przekleństw i złorzeczeń. Miało to na celu zwrócenie uwagi słuchaczy, skłonienie ich do myślenia, wyrwanie z poczucia wszechwiedzy i przezwyciężenie ich obojętności. Jezus także używał języka proroków Starego Testamentu, zwłaszcza w swoich przypowieściach.  Musimy pamiętać o niebezpieczeństwie dosłownej interpretacji takich gróźb i przekleństw, których w Biblii pełno. Jeżeli Jezus mówi, że biada bogaczom i sytym, to nie znaczy, że pójdą oni do piekła na wieczne męki, ale że ich bogactwo i zadowolenie mogą przesłaniać im Boga. Przekleństwa biblijne są dla nas ostrzeżeniem przed niebezpieczeństwami na naszej drodze duchowej.

Ksiądz Hryniewicz analizuje trzy przypowieści Jezusa pod kątem nadziei zbawienia dla wszystkich. Pierwsze dwie można rozpatrywać łącznie, ponieważ są podobne i nawzajem się uzupełniają: przypowieść o zagubionej owcy (Łk 15, 3-7, Mt 18, 10-14) i o zagubionej drachmie (Łk 15, 8-10). Pasterz zostawia 99 owiec, aby szukać jednej zagubionej, aż ją znajdzie. Kobieta, która zgubiła jedną monetę, zapala światła, wymiata kąty w domu, aż ją znajdzie. Podkreślenie słówka  oznacza, że Bóg tak się o nas troszczy, że będzie próbował odnaleźć każdego z nas i będzie to robił dopóki nie osiągnie celu. Warto też zauważyć proporcje: 99 owiec zostało w stadzie, pasterz szuka tylko jednej. To znaczy ta jedna jedyna osoba jest bardzo istotna, nie można na nią machnąć ręką i zostawić jej samą sobie, nawet jeśli  99 owiec, czyli ogromna większość jest już bezpieczna.

Trzecia przypowieść to właściwie jedno zdanie (Łk 13, 20-21): „Z czym mam porównać królestwo Boże? Podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż wszystko się zakwasiło.” Znowu podkreśla tu Jezus, że w końcu wszystko się zakwasiło. Zakwaszenie następuje stopniowo. Tak samo będzie rozprzestrzeniało się królestwo Boże, aż obejmie wszystkich.

Katolicy mogą mieć wątpiwości co do tej optymistycznej wiary jeszcze z tego powodu, że przecież Bóg nie może nas siłą zaciągnąć do nieba, jeśli my będziemy się w naszej wolnej woli upierać przy pozostaniu w piekle. Czy jednak ktoś, kto pozna miłość Boga, będzie się mógł mu opierać? Czy Bóg nie znajdzie naprawdę sposobu, żeby objawić się każdemu grzesznikowi i przekonać go do siebie? Nie możemy ograniczać wszechmocy Bożej miłości tym, że jakoby Bóg jest związany respektem dla naszej wolności. Nie możemy stawiać granic Boskiemu wszechogarniającemu miłosierdziu.

A więc religia katolicka powinna być religią kosmicznego optymizmu: dawać nadzieję na wyrównanie naszych szans nawet po śmierci, wiarę w sens życia każdego człowieka. Łaska Boża trwa przecież na wieki i jest nieskończona. Tylu wokół nas i w przeszłości widzimy ludzi poszkodowanych nie z własnej winy, przedwcześnie zmarłych, dotkniętych nieuleczalną chorobą, urodzonych w środowiskach patologicznych, uczących się od dzieciństwa przemocy, niekochanych, wykorzystywanych, którzy stoczyli się na drogę zła i nie poznali Boga w tym życiu – czy jest zgodne z Bożą wolą, aby oni wszyscy poszli na wieczne zatracenie? Aby nie dano im szansy doświadczenia Bożej łaski po śmierci, jeśli za życia nie mogli jej znaleźć? Tylko wtedy, gdy uwierzymy w zbawienie wszystkich ludzi, nasza religia będzie prawdziwą religią miłości. Nie zapominajmy też o naszych braciach zwierzętach, które mają być może wieksze szanse na raj niż my, które doświadczają prawdopodobnie tu na ziemi większych cierpień niż my, i to z naszych rąk.

W końcu Bóg będzie wszystkim we wszystkich, także w zwierzętach, roślinach i całym świecie stworzonym.

Nasza droga do Emaus

Droga uczniów do Emaus obrazuje pewien etap drogi człowieka do Boga.

Na początku tej drogi jest smutek, rozczarowanie, niezrozumienie, klęska życiowa, niespełnione nadzieje.

Oto Jezus umiera. Kobiety przynoszą trzeciego dnia jakieś nieskładne informacje o pustym grobie. Piotr jest zdezorientowany i nic z tego wszystkiego nie rozumie. Dwaj zrezygnowani uczniowie Jezusa opuszczają Jerozolimę i udają się do wsi Emaus. Kleofas i jego kolega są smutni, dyskutują. Są zawiedzeni tym, że Jezus, zamiast „wyzwolić Izraela”, został ukrzyżowany. Ich grupa teraz na pewno już się rozpadnie. Wszystko stracone, wszystko na nic. Trzeba wrócić do starego życia i pogodzić się z porażką, a tak się przecież wspaniale zapowiadało!

Coś w naszym życiu musi się popsuć, nie układać, czegoś musimy nie rozumieć. Jednym słowem, musi się zdarzyć jakaś trudna, kryzysowa sytuacja, z której nie widać wyjścia. Ona ma zmusić nas do myślenia, do zmiany nastawienia, do przemiany. Dlaczego bowiem mielibyśmy zastanawiać się nad sobą, naszym życiem i światem, jeśli nic by nas nie uwierało, jeśli wszystko układałoby się po naszej myśli, jeśli świat byłby dla nas źródłem niekończących się przyjemności i sukcesów? Tak właśnie musimy zostać zdezintegrowani, aby zintegrować się ponownie na wyższym poziomie zrozumienia i rozwoju. Tak zdezintegrowani szli sobie drogą uczniowie do Emaus.

Dalej na drodze pojawia się ktoś zainteresowany naszymi dylematami, wątpliwościami, ktoś, kto rzuca na nie nowe światło, kto wdaje się z nami w dyskusję. Ten ktoś nas oczarowuje, inspiruje i sprawia, że zaczynamy rozumieć coś, co do tej pory nam umykało.

Jezus dołącza do uczniów na drodze do Emaus. Zdaje się, że prowadzą ożywioną dyskusję, bo serca ich pałają, są podekscytowani słysząc wyjaśnienia Jezusa co do znaczenia Jego śmierci, Jego misji i zmartwychwstania. Jednak mimo to nie rozpoznają Go. Nie wierzą Mu jeszcze. To, co mówi bardzo im się podoba, przywraca im wiarę w swoje posłannictwo i wartość tego, co robią. A jednak to wszystko ma sens! Tak, teraz rozumieją, że Syn Człowieczy musiał cierpieć. Ta koncepcja wydaje im się bardzo pociągająca i napełniona głębokim sensem, ale do końca jej jeszcze nie pojmują. Muszą powoli wszystko przyswoić, przetrawić, oswoić się z nowym, paradoksalnym dla nich podejściem. Oto muszą przyjąć do wiadomości niewyobrażalną wcześniej koncepcję, że klęska Jezusa stała się Jego zwycięstwem. Moc Boga paradoksalnie objawiła się przez Jego słabość. Poniżenie, upokorzenie, cierpienie, śmierć – symbole klęski u ludzi stały się drogą do mocy u Boga. Bóg przemienił największe zło w największe dobro. Uczniom zaczyna świtać nadzieja. Nadzieja, że Jezus naprawdę zmartwychwstał, a to oznacza, że Bóg chce i może sprawić, że całe zło świata zostanie przemienione w dobro. Nadzieja ta każe im zatrzymać na dłużej przy sobie Jezusa i „przymusić” Go do pójścia z nimi do karczmy.

Tak też i my intuicyjnie czasem reagujemy zainteresowaniem, podekscytowaniem i radością na pewne słowa, które słyszymy lub czytamy. Nasze serca pałają, kiedy słowa te niosą nam pociechę, zrozumienie, dobrą nowinę. Wtedy zaczynamy mieć nadzieję, oczekiwać, że kiedyś zrozumiemy te sprawy do końca, doświadczymy ich prawdy bezpośrednio. Gdy rośnie w nas ta radosna nadzieja, chcemy głębiej zapoznać się z tym, kto ją przynosi, z Bogiem. Chcielibyśmy, żeby Bóg nam stale towarzyszył i oświecał tą nadzieją naszą drogę życia. Obrazem takiego towarzyszenia i zażyłości jest wspólne spożywanie posiłku.

Gdy zatem uczniowie siedzieli z Jezusem przy posiłku, nagle otworzyły im się oczy i rozpoznali Go. Było to niby jakieś olśnienie, nagłe i szybko przemijające odczucie znajomości, pokrewieństwa. Coś jak deja-vu, być może wywołane przez znajomą im sytuację spożywania posiłku, której musieli wielokrotnie doświadczać ze swoim nauczycielem. „Ale On im zaraz zniknął z oczu” – to była więc tylko krótka i ulotna chwila olśnienia i objawienia, która miała jednak dla ich życia daleko idące konsekwencje.

Tak samo dusza może rozpoznać Boga w jakimś chwilowym przebłysku, to znaczy zauważyć swoje z Nim pokrewieństwo, to, że pochodzi od Boga. Dusza, która szuka Boga, znajdzie Go, być może jednak nie w taki sposób i nie takiego, jakby się mogła spodziewać. Uczniowie z Emaus znaleźli Jezusa, aczkolwiek nie w postaci zwycięskiego Mesjasza – wyzwoliciela Izraela i pogromcy Rzymian, ale w postaci Sługi Pańskiego. Poszukiwanie duchowe nie polega zatem na tym, że stawiamy sobie za cel znalezienie Boga, co do którego mamy takie to a takie oczekiwania. Nasze poszukiwanie musi być jakby poszukiwaniem w ciemności, bez wstępnych założeń. Bóg objawi się tak, jak chce i wtedy, kiedy chce. Nie będzie to z pewnością taki Bóg, jak sobie wyobrażaliśmy, że Go znajdziemy. Musimy przygotować się na rozczarowanie, takie jakie spotkało uczniów z Emaus. Rozpoznali Jezusa, choć nie był to Jezus spełniający ich nadzieje. Był to Jezus spełniający o wiele więcej niż ich nadzieje, o wiele więcej, niż uczniowie mogli to sobie wyobrazić.

Bóg zawsze przewyższa nasze nadzieje, oczekiwania i wyobrażenia. Dlatego często nie daje się łatwo rozpoznać tym, którzy pragną Go do tych swoich wyobrażeń ograniczyć. Bogu zależy na tym, żeby dać się nam poznać, dlatego dołącza do nas na naszej drodze do Emaus. Gdy wątpimy, ponosimy klęski, podnosi nas na duchu, wlewa w nasze serca nadzieję. Gdy i my uczynimy ruch wobec Niego, „przymusimy” Go, aby z nami został, objawia się nam w przebłysku zrozumienia i łaski. Ten przebłysk łaski zmienia nas i nasze życie. Tak jak i życie uczniów z Emaus, którzy zawrócili do Jerozolimy, aby kontynuować swoją nowo odnalezioną drogę, nowo rozpoczęte życie. Zawrócili do Jerozolimy, świętego miasta – nawrócili się na drogę ku świętości. Emaus może być symbolem nawrócenia, jakie spotkać może każdego człowieka. Droga do Boga zaczyna się od kryzysu spowodowanego tym, że świat i ludzie nie spełniają naszych oczekiwań. Idziemy naszą drogą zniechęceni i przygnębieni. Spotykamy na drodze kogoś, kto budzi naszą nadzieję, rozpala nasze serca. Próbujemy poznać go, zatrzymać przy sobie i zrozumieć. Rozpoznajemy w nagłym przebłysku Boga, który przekracza nasze nadzieje i wyobrażenia. Dzięki doświadczeniu tej Jego inności my sami doznajemy przemiany wewnętrznej. Nawracamy się, zawracamy na naszej drodze i kierujemy się w stronę świętego miasta.

Jak będzie w niebie

Niebiańska rzeczywistość jest dla nas niepojęta i niemożliwa do wyobrażenia. Nasz język nie może adekwatnie jej opisać. Możemy tylko, dzięki pewnym przebłyskom, intuicjom, porównywać tą niewyobrażalną rzeczywistość do doświadczeń znanych nam z życia ziemskiego.

 

Niebo jako droga

 

Jeśli myślimy, że droga do nieba wiedzie z punktu A – Ziemia do punktu B – Niebo i tam się kończy, to skazujemy się na wieczne pozostawanie w jednym punkcie. Osiągnięcie celu, choćby nawet najbardziej pożądanego, kojarzy się nieuchronnie z nudą i stagnacją. Dlatego wydaje się, że niebo to nie rzeczywistość statyczna i niezmienna, ale dynamiczna i ciągle pogłębiająca poznanie. Bowiem życie wieczne to poznawanie Boga. Nie poznanie, ale poznawanie, czyli proces, dążenie, doskonalenie. Tą dynamikę Królestwa niebieskiego ilustrują przypowieści Jezusa o zaczynie i ziarnie gorczycy. Zarówno zaczyn, jak i ziarno przekształcają się stopniowo z czegoś bardzo małego w coś wielkiego, obejmującego wszystko i ulepszającego wszystko.

 

Niebo jako niekończącą się drogę do doskonałości widział Grzegorz z Nyssy. Doskonałość polega na nieskończonym zbliżaniu się do ideału, kroczeniu nieustanną drogą wzwyż, ku Bogu pociągającemu człowieka. Człowiek ciągle zbliża się do Boga, nigdy Go jednak całkowicie nie osiąga. Według mnie ta dynamiczna koncepcja jest bardzo optymistyczna. Podobnie jak wiara Grzegorza w apokatastazę, czyli powrót wszystkich dusz do Boga, innymi słowy powszechne zbawienie.

 

Nie może chyba być tak, że prosto z naszego ziemskiego żywota przeskakujemy w niebo. Stąd idea czyśćca jako procesu koniecznego przygotowania. Granice między czyśćcem a niebem są płynne: już na ziemi, w czyśćcu, może nawet w piekle można doświadczyć spraw niebiańskich. Św. Grzegorz z Nyssy mówił, że nie ma przepaści między niebem a ziemią, światy te się nawzajem przenikają.

 

Niebo jako związek człowieka z Bogiem

 

Niebo to pogłębianie związku człowieka z Bogiem i innymi istotami. Bóg występuje tu jako nasz nauczyciel, ale przede wszystkim jako nasz przyjaciel. Nie nazywa nas bowiem sługami, ale przyjaciółmi. Ta partnerska relacja zakłada pewną równość, na pewno równość w sile pragnienia związku z drugą stroną. Bóg jest potrzebny człowiekowi, ale w takim samym stopniu człowiek jest potrzebny Bogu. Bóg tak samo jak my pragnie dialogu i przyjaźni. Bóg szanuje człowieka jako partnera. Ten partnerski układ widać już w Przymierzu Starego Testamentu, jaki Abraham zawarł z Jahwe. Abraham i Jahwe jako prawdziwi partnerzy zawarli pewną umowę. Jahwe chciał, aby Abraham był równorzędną stroną umowy, w ich relacji panowało coś na kształt równości partnerów wobec prawa.

 

Psalmy z kolei pokazują wielką tęsknotę zarówno człowieka do Boga, jak i na odwrót.  Bóg chce zaprosić człowieka na ucztę, ugościć go hojnie i wystawnie. „Ty stół biesiadny zastawiasz przede mną na przekór moim wrogom, głowę moją olejkiem namaszczasz, a mój kielich przelewa się”. (Ps. 23) Jezus również przywoływał obraz uczty jako znak Królestwa. Kogo zaprasza się na ucztę? Dla kogo dokłada się wszelkich starań, aby przygotować obfite i wyśmienite potrawy? Kogo chce się uszczęśliwić taką ucztą? Przecież nie kogoś mało ważnego, nie kogoś prosto z ulicy…. A jednak: tu również widać wspaniałe paradoksy Ewangelii. W przypowieści Jezusa zaproszeni pogardzili ucztą, więc Pan kazał zawołać na nią wszystkich przypadkowych przechodniów. Tak więc nawet jeśli myślimy, że nie jesteśmy godni tej uczty, że jesteśmy jednym z tych przypadkowych przechodniów, czujmy się przez Boga zawsze zaproszeni. Kosztując przygotowane dla nas na uczcie jedzenie i picie, poznajemy miłość Boga do nas. Bóg pragnie nade wszystko, abyśmy poczuli, jak bardzo nas kocha. Ta miłość Boga do człowieka i jego odpowiedź na tę miłość to właśnie niebo.

 

Niebo jako brak cierpienia

 

Bólu, łez i śmierci w niebie już nie będzie. Mistyczka angielska Juliana z Norwich pisała tak: „Jest wolą Boga, byśmy trzymali się radości całą naszą mocą, gdyż szczęśliwość trwa wiecznie, a cierpienie i ból przemijają i znikną całkowicie. A zatem nie jest wolą Boga, abyśmy kierowali się własnym bólem i cierpieniem, smucąc się z ich powodu i opłakując je, lecz abyśmy szybko wychodzili poza nie i pozostawali w wiecznej radości, którą jest Bóg wszechmogący, który nas kocha i ochrania”. Wyjście poza cierpienie i ból jest zatem już tu na ziemi przedsmakiem nieba. Pozostawanie w radości, miłości i pokoju – to znak, że rozpoznaliśmy Królestwo niebieskie, które jest wśród nas. Jak to osiągnąć – jak znaleźć Królestwo i zamieszkać w nim – to temat na osobne rozważania.

Dyskusja w teologii

Robert podjął ciekawy temat przyjaciela jako oponenta w dyskusji. Oponent taki jest przyjacielem w tym sensie, że uświadamia nam niedostatki naszego rozumowania, podważa rzeczy, które uznaliśmy za oczywistości, przedstawia inny punkt widzenia, z którym musimy się konfrontować, generalnie wyciąga na wierzch wszystkie słabości naszej argumentacji. Z tego właśnie powodu mamy kochać swoich nieprzyjaciół. Są cenni, bo często nasze poglądy tworzą się i wzmacniają  w opozycji do poglądów przeciwstawnych. Taka właśnie jest też wartość herezji. Zmuszają do przemyślenia i rozwiązania pewnych spraw. Na przykład spór Pelagiusza i Augustyna o zbawienie przez uczynki czy też przez łaskę. Augustyn powinien podziękować Pelagiuszowi, bo to właśnie dzięki niemu ugruntował się pogląd, za którym to on optował. Opcja zbawienia przez łaskę, bez zaliczania ludziom zasług na konto.

Teraz, kiedy wydaje się, że wszystkie spory zostały raz na zawsze rozstrzygnięte pojawia się pytanie: o czym tu jeszcze dyskutować? Skoro ortodoksja raz na zawsze coś ustanowiła, czy nie wystarczy pokornie przyjąć tego do wiadomości? Otóż nie. Ponieważ każdy z nas jest odrębną osobowością, która podlega indywidualnemu rozwojowi intelektualnemu, psychicznemu i duchowemu. Te walki o własną ortodoksję trzeba stoczyć samemu, we własnym umyśle i sercu. Inaczej, jeśli te wszystkie treści katechizmowe nie zostaną niejako „przetrawione” przez człowieka, będą tylko i wyłącznie pustym słowem, a nie staną Bożym ziarnem, które w nas zakiełkuje. Nie bójmy się zatem zadawania pytań i „popadania w herezję”. Należy być przede wszystkim uczciwym wobec siebie samego. Bóg to docenia. Jeśli tylko obojętnie i bez przekonania „akceptujemy” prawdy wiary, dogmaty, to jest tak jakby nas w ogóle nie obchodziły. Ze swojego doświadczenia wiem, że lepiej je podważać, a prędzej czy później „Mądrość Boża objawi się tym, którzy jej szukają”, jak mówi Księga Mądrości.