Jezus jako filozof egzystencjalny

Pamiętają może niektórzy z czytelników, że były prezydent Stanów Zjednoczonych George W. Bush został kiedyś wyśmiany za to, że uznał Jezusa za swojego ulubionego filozofa. Tymczasem Witold Gombrowicz w swoich wykładach o filozofii pisze, że nurt  egzystencjalny w filozofii wywodzi się między innymi od Chrystusa. Zaczęłam zastanawiać się, co miał on na myśli, traktując Jezusa jako prekursora egzystencjalizmu.

Gombrowicz tak oto wyjaśnia, na czym polega egzystencjalizm. Egzystencjaliści uważają, że filozofia klasyczna, oparta na abstrakcyjnych pojęciach jest bezużyteczna, ponieważ brak jej odniesienia do konkretu, konkretnej egzystencji konkretnej osoby. Cechą egzystencjalizmu jest też oprócz konkretu subiektywność. Filozof Husserl wymyślił fenomenologię, która stała się językiem egzystencjalizmu. Polega ona na poszukiwaniu prawdy, istoty rzeczy, Boga. Fenomeny są to konkretne zjawiska, podlegające subiektywnej ocenie człowieka. Poprzez zdzieranie zasłon, które kryją te fenomeny, docieramy do istoty czy też prawdy, którą one zakrywają. Jednak dla większości z nas widoczne są tylko fenomeny, a istota rzeczy, prawdziwa rzeczywistość jest dla naszych zmysłów i umysłu zakryta. Należy przedzierać się przez gąszcz naszych sądów, poglądów, doświadczeń aż do dna danego zjawiska – fenomenu, aby odkryć istotę rzeczy – noumen. Ta rzeczywistość prawdziwa, która leży na dnie fenomenu, jest dostępna dla poznania intuicyjnego, nie intelektualnego, nie zmysłowego. Jest to poznanie od wewnątrz, doświadczane subiektywnie przez konkretnego człowieka, pewnego rodzaju wgląd w istotę rzeczywistości. Na tym etapie nie są potrzebne słowa, pojęcia, konstrukcje intelektualne, poglądy, systemy filozoficzne. Celem takiej filozofii jest poznanie rzeczywistości takiej, jaką jest. Rzeczywistej rzeczywistości. Oczywiście zakładamy tu, że ta rzeczywista rzeczywistość istnieje. Bóg objawiający się Mojżeszowi w krzaku gorejącym nazwał siebie: ”Jestem, który jestem”, czyli jestem tym, który rzeczywiście istnieje. „Jestem rzeczywistą rzeczywistością.” Jeśli wierzymy, że Bóg istnieje i skrywa się pod przeróżnymi zjawiskami, fenomenami, możemy wyruszyć na Jego poszukiwanie.

Czy Jezus poszukiwał istoty rzeczywistości, prawdy i Boga? Czy dawał nam jakieś wskazówki, jak dotrzeć do tej istoty? Przeanalizujemy niektóre teksty z Ewangelii, aby się o tym przekonać.

Kuszenie Jezusa

Po pierwsze warto się zająć kuszeniem Jezusa na pustyni. Można powiedzieć, że Jezus identyfikuje tu zasłony, którymi zasłonięty jest Bóg przed naszymi oczami.

Kusiciel powiedział do Niego: Jeżeli jesteś Synem Bożym, powiedz, aby te kamienie stały się chlebem. On zaś odpowiedział: Napisano: „Nie samym chlebem będzie żył człowiek, ale każdym słowem, które wychodzi z ust Boga” (Mt 4, 3-10, Łk 4, 3-11)

Jeśli zadaniem Jezusa było pokazanie ludziom Boga, musiał sam najpierw do Niego jakoś dotrzeć. Zapomnijmy na razie o tym, że Jezus był Bogiem wcielonym. To może nam przeszkadzać w zobaczeniu człowieczeństwa Jezusa i Jego zmagań ze światem, ludźmi i szatanem, całkiem podobnych do naszych codziennych zmagań i trudów życia. Jezus poszedł na pustynię, aby przekonać się, czy jest gotowy do swojej misji, czy jest w stanie stawić czoła pokusom, które oddaliłyby Go od Boga i przez które zszedłby na manowce. Chciał sprawdzić, czy jest na dobrej drodze i czy ma wystarczająco sił, aby tej drodze podołać.

Jaka była pierwsza szatańska pokusa? W jaki sposób diabeł chciał Jezusa oddalić od Boga? Wiedział, że Jezus po długim poście jest głodny, a więc zaproponował Mu, aby dokonał cudu zamieniając kamień w chleb. Na czym polegała ta pokusa? Czy to nie naturalne, że potrzebujemy pożywienia? Dlaczego Jezus nie mógł po prostu zamienić ten kamień w chleb i  zaspokoić swój głód, skoro potrafił? Czy chodzi o to, że aby dojść do Boga musimy wyrzekać się rzeczy ziemskich, takich jak jedzenie czy ubranie? Prowadziłoby to do wniosku, że zaspokojenie naszych naturalnych fizycznych potrzeb oddala nas od Boga. Wydaje mi się, że nie w tym rzecz. Tym, co oddala nas od Boga i nie pozwala na Jego zobaczenie może być nadmierne zaangażowanie w zdobywanie środków do życia spowodowane totalną biedą, głodem, ubóstwem. Skrajne negatywne przeżycia, ogromny ból, wielki wysiłek skoncentrowany na zdobyciu środków do życia może czynić nas ślepymi na obecność Boga.

Dla nas, żyjących przecież w dobrobycie w porównaniu do większości świata, z tego kuszenia wynika nieco inna nauka. Nie musimy harować całymi dniami za miskę strawy, nie wisi nad nami groźba głodu i bezdomności. Zastanówmy się jednak, jak spędzamy nasze dni. Czy mamy czas na słuchanie słów, które wychodzą z ust Boga? Czy wiemy, że żywiąc się samym chlebem nie przeżyjemy? Do życia potrzebne jest słowo Boga, Jego nauka. Dla nas ta pokusa wygląda w ten sposób, że trzyma nas w niewoli przekonanie, że nie możemy oddalić się od codziennego zabiegania i zatroskania o sprawy przyziemne. Tymczasem musimy się od nich zdystansować, aby dostrzec Boga i usłyszeć Jego słowo.

A zatem jakie jest zalecenie Jezusa wynikające z tych rozważań? Warunkiem obajwienia się nam istoty rzeczywistości jest osiągnięcie stanu bierności, pasywności. Należy powstrzymać się od działania, od zabiegania o codzienne sprawy. Należy porzucić troski. Nie mówię tutaj, że całe nasze życie, każda jego minuta ma być takim stanem. To niemożliwe. Jednak należy dążyć do uzyskania takiego stanu bierności w czasie modlitwy, w jakimś przeznaczonym specjalnie do tego czasie, w którym trzeba wyłączyć, zignorować obecność trosk świata materialnego. Oznacza to także pewnego rodzaju rezygnację, poświęcenie. Rezygnować musimy z różnych zajęć, które do tej pory nas absorbowały i zamiast nich oddawać się słuchaniu „słowa Boga”. Ponieważ jednak to słuchanie wymaga od nas pewnego wysiłku (bierność jest męcząca), wolimy często oddawać się zajęciom zagłuszającym w nas poszukiwacza Prawdy. Wydaje się, że najlepiej zagłusza nasz wewnętrzny głos telewizja i internet. A więc trzeba poświęcić pewne nasze wygody, przyzwyczajenia, rutynowe czynności, aby osiągnąć stan niezainteresowania niczym, oczekiwania w bierności. Tylko wtedy objawi nam się „słowo Boga”, które jest  źródłem naszego życia, które sprawia, że nasze życie jest rzeczywiście rzeczywiste.

A oto, czym kusił diabeł Jezusa po raz drugi:

Wtedy diabeł bierze Go do świętego miasta Jeruzalem i stawia na ganku świątyni i mówi Mu: Jeżeli jesteś Synem Bożym, rzuć się na dół. Napisano bowiem: „Rozkazał aniołom swoim” i „będą Cię nosili na rękach, abyś nie uraził swej nogi o kamień”. Rzekł mu Jezus: napisano także: „Nie będziesz kusił Pana, Boga Twego”. (Mt 4, 5-7, Łk 4, 9-12)

Jaka tutaj jest zasłona, przez którą nie można dostrzec Boga? Być może nasze wysokie mniemanie o sobie. Jezus miał prawo mieć dobrą opinię o samym sobie, czuł się Synem Bożym i dokonywał fantastycznych cudów. Mógł zatem przywiązać się do swojego „image’u”, do swojego obrazu we własnych oczach, jak i w oczach innych ludzi, może nawet w oczach Boga, a na pewno w oczach aniołów. A jednak jest to pokusa, którą odrzucił. Wszelkie wyobrażenie, opinia, osąd, mniemanie, określenie czy pogląd mogą nas odwodzić od Boga. Osoba skupiająca się na poszukiwaniu Boga może zacząć myśleć o sobie: jestem wybrańcem Boga, jestem świętym, jestem doskonalszy niż inni ludzie, mam wielką moc, napełnia mnie Duch. Jakie tu niebezpieczeństwo? Wszystkie określenia, pojęcia, opinie są ograniczające, zasklepiające, zamykające drogę Bogu do naszego serca. Określić się, nawet w najbardziej pozytywny sposób, cieszyć się dobrą opinią – to nas zamyka i ogranicza. Stawia Bogu barierę. Musimy zatem nie dać się zniewolić sądom i opiniom innych ludzi, dobrym czy złym. Bóg bowiem wymyka się wszelkim definicjom, filozofiom, jest ponad naszymi osądami i ponad wszystkim, co moglibyśmy o Nim pomyśleć. Należy znaleźć drogę do Boga omijającą sądy i opinie, doktryny i dogmaty. Musimy przestać myśleć, rozumować, tworzyć koncepcje, filozofie i mieć poglądy. Musimy przestać cokolwiek wiedzieć, musimy wyrzec się na jakiś czas od czasu do czasu swoich opinii, nawet najbardziej przemyślanych i subtelnych, nawet najtrudniejszych do podważenia. Bóg przerasta to, co nam się wydaje i każdą naszą opinię. Bóg nie mieści się nigdy w żadnym pojęciu i w żadnym twierdzeniu o Nim.

Rzecz jasna nie sposób żyć w tym świecie bez opinii i sądów na co dzień. Chodzi o to, żeby stworzyć w sobie czasem przestrzeń wolną od sądów i pojęć, przestrzeń, w której może objawić nam się Bóg. Nie zastawiajmy Mu drogi naszymi wyobrażeniami i poglądami. Trzeba zatem przyjąć postawę: „Nic nie wiem.”

A oto trzecie kuszenie Jezusa:

Znowu bierze Go diabeł na bardzo wysoką górę i pokazuje Mu w okamgnieniu wszystkie królestwa świata z całym ich przepychem, i mówi Mu: To wszystko dam Tobie, jeżeli upadniesz na twarz i złożysz mi hołd. Dam ci całą potęgę i przepych, bo do mnie należy, i daję je, komu chcę. Jeśli więc złożysz mi hołd, wszystko będzie Twoje. Wtedy mówi mu Jezus: Idź precz, szatanie, napisano bowiem: „Panu, Bogu Twojemu, hołd składać będziesz i tylko Jemu będziesz służył”

Bogactwo, potęga i władza – kolejne pokusy Jezusa. Ceną za posiadanie rzeczy materialnych i mocy jest oddanie hołdu szatanowi. To znaczy uzależnienie się od niego, uznanie szatana za swego pana, a siebie za jego sługę. Szatan oferuje dobra pociągające każdego człowieka, ale Jezus wie, że są to dobra złudne, nieprawdziwe, oszukańcze. Jezus wie, że jedynie Bóg ma dobra warte zachodu i starań człowieka. Są to jednak skarby ukryte, niewidoczne dla oczu człowieka zasłoniętych zasłoną pożądliwości. Każdy człowiek chce coś mieć, niewątpliwie też coś posiada. Chce też być silny, posiadać moc i władzę.

Czy to znaczy, że posiadanie bogactwa i władzy wyklucza poznanie Boga i uniemożliwia znalezienie tych skarbów ukrytych, które ma dla nas Bóg? Nie można chyba wyciągać tak uproszczonych wniosków. Natomiast warto się zastanowić, w jaki sposób bogactwo i potęga zasłaniają nam Boga i utrudniają znalezienie prawdziwego skarbu. Jezus zdaje się mówić, że nie mają one wartości absolutnej, a jedynie tymczasową, przejściową i względną. Należy wysilić się i poszukać trochę głębiej, dotrzeć do dna, do sedna tych naszych obiektów pożądania. Bowiem przywiązanie do tych rzeczy trzyma nas w niewoli. Jezus chce czegoś więcej i wierzy, że to „coś więcej” istnieje. Jakaś wartość absolutna, niezniszczalna. Ta wartość jest u Boga. Tylko Bogu warto służyć, aby cieszyć się tą wartością, czymś cennym i prawdziwym. Aby ten drogocenny skarb znaleźć należy nic nie mieć, niczego nie chcieć i czuć się bezsilnym, wyrzec się swojej władzy, siły i mocy. Wyrzec się tego, co się ma, niczego nie pragnąć, być słabym. Paradoksalnie tylko wtedy znajdziemy skarb, kiedy nawet go nie pragniemy i nie czujemy się na siłach, aby go odnaleźć. Niektórzy na pewno rozumieją to jako zachętę do opuszczenia wszystkiego, co się ma, rozdania swoich pieniędzy, stania się żebrakiem oddawszy swój los jest w ręce Boga. Tak radykalny był na przykład św. Franciszek lub współcześnie zakony żebracze, gdzie zakonnicy żyją tylko z tego, co dadzą im ludzie, bez żadnej pewności dnia jutrzejszego.

Ale czy my, zwykli ludzie, z rodzinami, których nie chcemy opuszczać i mieszkaniami, których nie chcemy oddać na rzecz ubogich, mamy jakąkolwiek szansę na spełnienie takich wymagań? Mamy, jeśli potraktujemy te zalecenia jako dotyczące stanu naszego ducha, objawiające się w postawie wewnętrznej. Musimy zatem postarać się przez jakiś czas niczego nie chcieć, do niczego nie być przywiązanym oraz nie stosować własnej siły ani władzy, starać się nie kontrolować niczego.

Podsumujmy zatem wnioski z rozważnia kuszenia Jezusa: Jaka postawa sprzyja poszukiwaniu skarbu, Boga? Brak przywiązania do czegokolwiek, brak pożądania czegokolwiek, brak wiedzy o czymkolwiek. „Nie mam, nie chcę, nie wiem, nie działam, nie mam siły” Można by to skojarzyć z definicją „ubóstwa duchowego”, do jakiego zachęca Jezus. Jak to osiągnąć? Czy to w ogóle możliwe? Musi to być bez wątpienia jakaś wewnętrzna postawa kontemplacji, obserwacji, oderwania się od siebie samego. Ale w tym tekście traktuję tą sprawę czysto teoretycznie, bez wdawania się w kwestie praktyczne.

Zobaczymy teraz, jak inne wypowiedzi Jezusa z Ewangelii odnoszą się do egzystencjalnego problemu prawdziwej rzeczywistości.

Przypowieść o ukrytym skarbie

Królestwo niebieskie jest podobne do skarbu ukrytego w ziemi. Człowiek, który go znalazł, ukrył go znowu. Uradowany idzie i sprzedaje wszystko, co ma, i kupuje tę ziemię.

(Mt 13, 44)

Ukrytym skarbem jest królestwo niebieskie. Człowiek znajduje je przypadkowo, spacerując sobie. Jest ono dla niego źródłem ogromnej radości. Jest dla niego tak cenne, że oddaje za ten skarb wszystko, co posiada.

Przypowieść o drogocennej perle

Królestwo niebieskie jest podobne również do kupca, który poszukuje pięknych pereł. A kiedy znalazł jedną drogocenną perłę, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. (Mt 13, 45-46)

Jest to przypowieść bardzo podobna do poprzedniej. W obu opowiadaniach ich bohaterowie znajdują skarb przypadkowo. Kupiec wyłuskał wyjątkową perłę wśród tysiąca innych, które widział. Nagle doznał olśnienia zauważając tę perłę i stwierdził, że ta jedna jedyna jest naprawdę drogocenna, wartościowa. Obaj szczęśliwi znalazcy byli świadomi ogromnej wartości skarbu i perły. Ale skarb nie należał jeszcze do nich, nie mogli się nim cieszyć, a jedynie wiedzieli, że istnieje. Musieli ten skarb i perłę kupić, nabyć na własność. Od kogo? Wydaje się, że od Boga. Właścicielem skarbu i perły był sam Bóg, który żądał jako zapłaty „wszystkiego, co się ma”. Płacimy wszystkim, co mamy. Czy zatem skarb / perła ma niższą cenę dla biedaka, bezdomnego, który ma mniej, więc musi mniej zapłacić? Kto ma mniej? Także ten, kto cierpi, płacze, nie zna zaszczytów ani godności, jest upokarzany. Kto natomiast płaci wyższą cenę za perłę? Ten, kto ma więcej pieniędzy, władzy, siły, dobrej opinii, pozycji społecznej. Ten „bogaty” musi więc zapłacić więcej, zrezygnować z większej ilości „dóbr”. Na tym może polegać trudność dla bogacza, sytego i zadowolonego.

A zatem cena za skarb to „wszystko, co się ma”. Jeśli zinterpretujemy te przypowieści w sensie duchowym, wynika z nich, że musimy zrezygnować z wszystkiego, co posiadamy wewnętrznie: przywiązania do rzeczy, opinii, sądów, siebie samego, z naszego życia wewnętrznego. Jest to podobne do śmierci, przez którą wszystko tracimy. Dlatego Jezus mówił, że „kto straci swe życie, zachowa je”.

Królestwo Boże

W nauczaniu Jezusa wiele wskazuje na to, że za noumen, czyli jądro rzeczywistości można uznać królestwo Boże, czy też królestwo niebieskie. Jezus nieustannie zachęca do poszukiwania go. Jak można scharakteryzować to królestwo?

Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie i nie powiedzą: „Oto tu jest” albo:”Tam”. Oto bowiem Królestwo Boże pośród was jest. (Łk 17, 20-21)

Istota rzeczywistości jest obecna tu i teraz, nie w przyszłości, nie w nieokreślonej wieczności, ale właśnie w tym miejscu, gdzie jesteś teraz ty, czy gdzie jestem ja. Jednak nie widzimy tego królestwa. Nadchodzenie królestwa oznacza naszą przemianę wewnętrzną, która spowoduje, że będziemy w stanie ujrzeć królestwo.

Z królestwem Bożym jest tak jak z człowiekiem, który rzuca ziarno w ziemię. I śpi w nocy, i wstaje we dnie, a ziarno wschodzi i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie przynosi owoc: najpierw źdźbło, potem kłos, potem pełne ziarno w kłosie. A kiedy wyda owoc, zaraz wysyła żniwiarza, bo nadeszło żniwo. (Mk 4, 26-29)

Królestwo ma tą cechę, że się rozszerza, rośnie. I to w sposób tajemniczy, niedostrzegalny. Może trochę tak, jak rosną nasze dzieci, na podstawie jakiegoś niezrozumiałego przez nas do końca planu, rosną niezauważalnie dla nas. Ich wzrost i rozwój daje się zauważyć przez porównanie z fotografią sprzed roku, ale na co dzień żadnych zmian nie widać. Poza tym dzieci rozwijają się zgodnie ze swoim wewnętrznym planem rozwoju zapisanym w genach, którego nie kontrolujemy ani do końca nie rozumiemy. Czyli nie możemy zrozumieć do końca cudownego wzrostu królestwa. Czy rośnie ono w nas, czy też może rozszerza się wśród ludzi na coraz liczniejszą ich grupę? Boska rzeczywistość stopniowo ogarnie wszystkich i wszystko. Bóg będzie wszystkim we wszystkich, jak mówi św. Paweł. Jest tajemnicą, w jaki sposób to następuje.

Przypowieść o kwasie potwierdza tezę, że królestwo stopniowo ogarnie wszystko.

Królestwo niebieskie jest podobne do kwasu, który kobieta zaczyniła w trzech miarach mąki, aż się wszystka zakwasiła. (Mt 13,33)

Duża ilość mąki zakwasiła się przez małą ilość kwasu. Na początku widać niewielką ilość kwasu, czyli Bożej rzeczywistości. Ma ona jednak zdolność do cudownego rozmnażania się i rozprzestrzeniania. Na początku możemy widzieć Boga w jakimś przebłysku, momencie, aby potem stopniowo nasz zakres widzenia się powiększał i abyśmy w końcu zobaczyli, że cały świat jest pełen Boga. Chodzi tu może o nasz sposób widzenia rzeczywistości, który ewoluuje, a na końcu cała rzeczywistość jawi się nam jako Boska i święta.

Skarby w niebie

Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczy i gdzie złodzieje podkopują się i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól ani rdza nie niszczy i gdzie złodzieje nie podkopują się i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje. (Mt 6, 19-21)

Jezus przekonuje nas, że warto „gromadzić skarby w niebie”. Te skarby w niebie są trwałe, niezniszczalne, w przeciwieństwie do skarbów na ziemi. Rada Jezusa jest taka, żeby koncentrować się na skarbie niebieskim, zwracać ku niemu swoje serce, nie zaprzątać sobie głowy skarbami ziemskimi, bo to strata czasu i energii. Skarb niebieski – cóż to jest, jeśli nie Bóg?

Porzucenie trosk ziemskich

Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, co będziecie jeść lub co będziecie pić, ani o swoje ciało, w co je ubierzecie – czy życie nie jest ważniejsze od jedzenia, a ciało od ubrania? …. Wasz Ojciec niebieski wie, że tego potrzebujecie. Szukajcie najpierw królestwa Bożego i jego sprawiedliwości, a to wszystko będzie wam przydane. (Mt 6, 25-34)

Nie troszczcie się zatem o jutro, bo jutro samo o siebie będzie się troszczyć. Dosyć ma dzień każdy swojej biedy. (Mt 6,34)

Podobnie Jezus zachęcał do oderwania się od spraw codziennych Martę, która w przeciwieństwie do siostry Marii nie miała czasu usiąść i słuchać słów Jezusa. Jezus powiedział do niej: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o tak wiele, a przecież jednego tylko potrzeba. Maria wybrała najlepszą cząstkę, która nie zostanie jej zabrana”. (Łk 10, 41-42)

Jezus wyraźnie zachęca nas do skoncentrowania się na jednej jedynej rzeczy: znalezieniu królestwa, czyli Boskiej rzeczywistości, czyli Boga. On wie, że tylko królestwo Boże może uszczęśliwić człowieka, że wszystkie inne środki są przemijające, niedoskonałe, a nawet mogą stanowić przeszkodę na drodze do Boga. Radykalnie nawołuje do absolutnie koniecznego poświęcenia się jednemu celowi: zobaczenia i zrozumienia Boskiej rzeczywistości. W Jego nauczaniu jest obecny bardzo silny element przynaglania, nakłaniania do pośpiechu. Jezus chce, abyśmy nie zwlekali, abyśmy już teraz natychmiast zaczęli poszukiwania. Badacze Ewangelii, tacy jak na przykład Geza Vermes uważają, że Jezus spodziewał się szybkiego nastania królestwa, jeszcze za życia niektórych apostołów. Stąd Jego zachęta do pośpiechu. Jednak to przynaglanie ma też charakter duchowy i dotyczący każdej ludzkiej egzystencji. Musisz zacząć tu i teraz, bo naprawdę nie wiesz, ila masz czasu na tej ziemi. Poszukiwanie Boga to kwestia paląca, wymagająca natychmiastowego działania. Nie można się ociągać. Dlaczego? Bo być może jeśli teraz czujesz w sobie pragnienie królestwa i zdaje ci się, że znalazłeś drogocenną perłę, to jeśli nie zrobisz czegoś właśnie teraz, to to poczucie zniknie, to znów pogrążysz się w codziennym, starym doświadczeniu tego samego.

Czy można królestwo utożsamiać z miłością? Nigdzie nie znalazłam słów samego Jezusa o tym, że Bóg jest miłością. To by było zbyt abstrakcyjne i filozoficzne stwierdzenie, jak na Jezusa. To mówi dopiero św. Jan. Czy są jednak jakieś przesłanki, że Jezus uważał, że istotą Boga i Jego królestwa jest miłość? Na przykład w przykazaniu miłości. Główne przykazanie nakazuje kochać Boga i bliźniego, a nawet nieprzyjaciół. Także widać to w Jego współczującej postawie wobec ludzi: prostytutki, celników, chorych, opętanych, smutnych. Jego postawa miłosierdzia i zrozumienia była konsekwencją Jego duchowości poszukującej Boga.  Widać to też dobrze w sporze z faryzeuszami, którzy nie dostrzegali istoty Prawa Mojżeszowego, które opiera się na miłości, współczuciu, zrozumieniu, wybaczeniu. Tylko wzrok Jezusa sięgał głębiej niż litera Prawa. Prawo zabraniało jakiegokolwiek działania w szabat. Jezus uzdrawiał. Prawo nakazywało kamienować kobietę przyłapaną na zdradzie. Jezus puścił ją wolno i nie potępił. Nie należało dotykać osób grzesznych, nieczystych. Jezus pozwalał grzesznej kobiecie obmywać łzami i wycierać włosami swoje stopy. Przykładów jest wiele na to, że postępowanie Jezusa wynikało z Jego wewnętrznej postawy miłości do ludzi, miłości, która rozumie i nie potępia.

Jezus z Nazaretu znalazł Boga, znalazł swój skarb. Czuł się umiłowanym Synem Boga, nazywał Go ojcem, ufał Mu bezgranicznie. Pozwalał Bogu czynić poprzez siebie cuda. Doświadczał Bożej obecności, a nawet ekstazy, co widać w wydarzeniu Przemienienia na górze Tabor. Tam Bóg zjednoczył się z Jezusem całkowicie, Jezus został przeniesiony w Boską rzeczywistość, do prawdziwego królestwa niebieskiego. Jezus ufał Bogu aż do śmierci. Wypił kielich goryczy na dowód tej ufności. Wołał z krzyża „Boże mój, czemuś mnie opuścił?” – czy w tej właśnie chwili nie mógł w okropnym cierpieniu dostrzec swojego ojca, Boga? Świat czasem przesłania Boga nawet człowiekowi takiemu, jak Jezus. Jednakże Jezus zmartwychwstał, to znaczy Boska rzeczywistość zwyciężyła, na powrót Bóg stał się widzialny na ziemi. Śmierć i zło mają ograniczoną moc. W końcu zwycięża Bóg.

Podsumowanie

Jakich słów używa Jezus na określenie jądra rzeczywistości? Skarb, perła, królestwo niebieskie, królestwo Boże, życie, życie wieczne, najlepsza cząstka.

Co może się kryć pod tymi pojęciami:  Bóg, miłość, rzeczywistość duchowa?

Wzrok Jezusa przenikał przez fenomeny i docierał wprost do noumenu. Tymczasem nasz wzrok zatrzymuje się na zasłonie fenomenu, nie docierając do istoty rzeczywistości. My zatem jesteśmy tymi, co „mają uszy, ale nie rozumieją, mają oczy, lecz nie widzą”. Jezus odkrywał przed naszymi oczami ukrytego Boga, pokazywał, jak należy starać się doświadczyć Boga w życiu. Wzywał do czuwania, do działania, do uwierzenia, do poszukiwania. Chodzi o to, żebyśmy odzyskali duchowy wzrok, dzięki któremu tak jak Jezus będziemy mogli widzieć Boga.

Wymieńmy więc cechy noumenu, który widział Jezus:

  • Ukryty
  • Drogocenny
  • Wymagający wyrzeczenia
  • Przynoszący człowiekowi największą korzyść
  • Rozwijający się w tajemniczy sposób
  • Stopniowo ogarniający wszystko
  • Tożsamy z życiem
  • „Nie z tego świata”, z rzeczywistości      „niebiańskiej”
  • Trwały, niemożliwy do utracenia

Jest to zagadka duchowa dla każdego z nas: „Co to jest: jest małe, a potem rośnie i ogarnia wszystko; jest wewnątrz człowieka i obok człowieka; nie ma nic cenniejszego niż to; często tego nie widzimy, jest ukryte; jak już zobaczymy to chcemy to mieć; aby to dostać musimy wyrzec się siebie i wielu innych rzeczy; pochodzi od Boga; jest jakimś innym rodzajem życia”. Musimy ciągle zastanawiać się nad tą zagadką i wewnętrznie ją rozważać. Jeśli chcemy iść za wskazówkami Jezusa, musimy starać się tylko o ten skarb i uwierzyć, że cała reszta będzie nam przydana.

W buddyzmie istnieje pojęcie oświecenia, które tak opisuje Japończyk Kaiten Nukariya:

Powinniśmy obudzić naszą najwewnętrzniejszą, czystą i boską mądrość. Mistrzowie zen określają ją mianem „Umysłu Buddy” lub „Boddhi” (wiedza, za sprawą której człowiek doznaje oświecenia) czy też „Pradźni”(mądrość najwyższa). Jest ona boskim światłem, niebem wewnętrznym, kluczem do wszystkich skarbów umysłu, centrum myślenia i świadomości, źródłem wpływu i potęgi, siedzibą dobra, sprawiedliwości, współczucia, miarą wszechrzeczy. Gdy ta najwewnętrzniejsza Mądrość zostanie w pełni przebudzona, będziemy w stanie zrozumieć, iż każdy z nas jest tożsamy – w umyśle, istocie i naturze – z życiem uniwersalnym czy Buddą, że każdy Budda żyje twarzą w twarz, że każdy otrzymuje lejącą się strumieniami łaskę Świętego (Buddy), że budzi On nasze siły moralne, że otwiera oko duchowe, że rozwija On w nas nowe zdolności, że przekazuje On nam posłanie, i że życie nie jest morzem narodzin, choroby, starości i śmierci, że nie jest też padołem łez, lecz raczej świętą świątynią Buddy, „Czystą Krainą” (Sukhawati, Kraina Błogości), gdzie możemy się rozkoszować rozkoszą nirwany. A wówczas umysł nasz zostanie w pełni przemieniony. Nie będą go już zaburzały gniew i nienawiść, nie będą go raniły zawiść i ambicja, nie będzie urażony troską i kłopotami, nie będzie przytłoczony smutkiem i rozpaczą.

Czy to nie dziwne, jak blisko to doświadczenie oświecenia przypomina to, do czego zachęcał Jezus? Przypowieści Jezusa są pisane jednak innym językiem, nie abstrakcyjnym. Opisują pewne fenomeny i wymagają poważnego zastanowienia i kontemplacji, aby zza zasłony fenomenu ujawniło się jądro opowieści. Te zagadkowe teksty Jezusa są ciekawsze i wymagające naszego większego zaangażowania i wysiłku. Rozwiązywanie takich zagadek jest bardziej inspirujące niż wyłożenie ich w formie abstrakcyjnej teorii. Poza tym, Jezus jako prawdziwie egzystencjalny filozof nie używał języka abstrakcji, słów takich jak mądrość, miłość, oko duchowe, siły moralne. Zamiast tego stosował język egzystencji, język doświadczenia osobistego: kochaj!, słuchaj!, żyj w królestwie niebieskim!, ufaj!, wierz!. Radził, jaką postawę życiową należy przyjąć, co należy robić, aby nasz sposób widzenia świata zmienił się tak, abyśmy byli w stanie zobaczyć Boga. To jest sednem naszej egzystencji, jej sensem: widzieć Boga, poznawać Go. To jest życie wieczne, nad które nie ma nic cenniejszego. To jest Prawda, która nas wyzwoli od śmierci i cierpienia, od gniewu i ambicji, od zawiści i trosk, od smutku i rozpaczy. Musimy zacząć naszą drogę do Prawdy już tu i teraz. Jakoś tak musi być, że zanurzeni w tym ziemskim życiu mamy szukać Boga ukrytego za zasłonami. Różne utrudnienia w tym poszukiwaniu mają widocznie dla nas jakiś sens. Może też taki, że mamy pewną satysfakcję z rozwiązywania kolejnych zagadek? To, co trudne do osiągnięcia jest dla nas cenniejsze niż to, co podane na tacy. Bóg stwarzając świat i umieszczając w nim ludzi znał widać prawa psychologii.

Gdybyśmy chcieli wyobrazić sobie Jezusa jako naszego mistrza i nauczyciela, który chce nas czegoś nauczyć, czy siedziałby on za katedrą na jakimś uniwersytecie na wydziale teologii lub filozofii i prowadził wykłady? Czy nie wybuchnąłby On śmiechem na taką propozycję? Nie znaczy to, że chciałby ośmieszać czy drwić z teologów i filozofów. Jak uczyłby Jezus? Indywidualnie. On mówi wprost do mnie i tylko do mnie. On mi pokazuje, jak w moim życiu, w praktyce ja, konkretna osoba, tu i teraz mam się nauczyć szukania Boga i doświadczania Go. I oczywiście mnie pogania: „Królestwo jest blisko ciebie, spiesz się je odnaleźć! Nie wiesz, ile tracisz, żyjąc i nie będąc świadomą królestwa! Otwórz oczy i patrz! Otwórz uszy i słuchaj! Teraz, natychmiast!”

27 myśli nt. „Jezus jako filozof egzystencjalny”

  1. Zerkam sobie co jakiś czas na Twój tekst Anno, no jest dla mnie przyjaźniejszy niż porcja faktów z wiadomości rano. Ale się tym razem rozpisałaś! Jest tu sporo przeróżnych myśli, do których można się odnieść. Zaniepokoił mnie ten fragment: A zatem cena za skarb to „wszystko, co się ma”. Jeśli zinterpretujemy te przypowieści w sensie duchowym, wynika z nich, że musimy zrezygnować z wszystkiego, co posiadamy wewnętrznie: przywiązania do rzeczy, opinii, sądów, siebie samego, z naszego życia wewnętrznego. Jest to podobne do śmierci, przez którą wszystko tracimy. Dlatego Jezus mówił, że „kto straci swe życie, zachowa je”.

    Czy to nie jest szaleństwo ? Zalecenie, żeby rezygnować z wszystkiego i siebie ? Z własnych sądów ? Co by to miało oznaczać? Jeżeli ktoś ma, dajmy na to zasadę, że nie pracuje w instytucjach podejrzanych, albo nie zajmuje się sprzedażą cudownych specyfików dla osób starszych, to czy rezygnacja z własnych sądów i opinii miałaby oznaczac, że będzie mu wszystko jedno gdzie pracuje ? Czy jeżeli ktoś trzyma się nadziei powszechnego zbawienia, to czy rezygnacja z wszystkiego nie będzie też dla niego wiązała się przypadkiem z rezygnacją wobec przywiązania do nadziei ? Czy jeżeli ktoś angażuje się w jakieś działalności społecznie pożyteczne, ponieważ sądzi, że ma to sens, to czy to też musi zostać odrzucone w ramach poszukiwania królestwa ? Przecież gdyby potraktować to zalecenie na serio, z życia człowieka wyszłaby jakaś karykatura. Nie zrozum mnie Anno źle, ja po prostu jestem sceptyczny wobec takich zaleceń. Obojętnie jaki mają wymiar. Choćby duchowych. Moim zdaniem mogą one wyrządzić człowiekowi krzywdę, jeżeli ktoś ich posłucha. A takich ludzi nie brakuje.

  2. Tomku, dziękuję za komentarz i uwagi. Ponieważ ten tekst napisałam już dość dawno temu, nie do końca może teraz tak bym sprawę ujęła. Może to zbyt radykalne podejście? Ale myślę, że coś w nim jest. Jak sam wiesz mam skłonności do skrajnych i radykalnych sądów, więc jestem jakoby w sprzeczności z tym, co piszę. Ale czy jest tu sprzeczność czy jej nie ma? Czy może sprzeczności tak się muszą na siebie nakladać, żeby stworzyć całość? Im więcej się zagłębiam w sprawy religii, np. w teksty Ewangelii tym więcej widzę sprzeczności, różnorodnych interpretacji, napięć, nierozwiązanych konfliktów. Więc moje podejście jest jednym z możliwych, to wszystko. Jest taka opcja, taka możliwość interpretacji. Każde moje zdanie można zakończyć znakiem zapytania. Nie jest to jedyna interpretacja. Jest to moje spojrzenie, Anny Connolly, gdzieś mniej więcej 2 lata temu na te sprawy. Ale spojrzenie Tomka, w roku 2013 może być inne, nie znaczy mniej uprawnione, mniej prawdziwe. Punkt widzenia jest zawsze inny, dlatego inaczej widzimy sprawy duchowe. Może jest raz tak, raz inaczej. Albo jednocześnie tak i inaczej. Czy ja wyrażam się jasno? Coś mi się wydaje, że czasem się plączę.
    Coraz częściej widzę jasno, że muszę patrzeć na sprawy z wielu punktów widzenia jednocześnie. W tym tekście staram się patrzeć jak poszukiwaczka prawdziwej rzeczywistości, poza słowami. Dlatego jestem wdzięczna za inne interpretacje, tym bardziej sprzeczne z moim podejściem. Nie zależy mi tu, żeby mieć rację. Zależy mi, żeby szukać racji (jednej albo wielu).

  3. Z własnego doświadczenia wiem, że owa „rezygnacja” powoduje poczucie wolności i nie wiem jak to się dzieje, ale sprawia, że wszystko wraca do człowieka podwójnie, z tym że takie „lekkie”. W słowach o traceniu życia jest wielka mądrość. To coś jak z poczuciem szczęścia, popularna jest taka metafora, że szczęście to motyl, który siada na dłoni jak się za nim nie goni. Rezygnacja z poszukiwania szczęścia powoduje, że zjawia się samo. Tak samo zdystansowanie od własnego majątku sprawia, że cieszy podwójnie. Tak to już jest 🙂

  4. Estel, słowo „lekkość” jest bardzo trafne. Musimy pozbyć się ciężkiego bagażu duchowego: trosk, przywiązań, pragnień, poglądów. Nie chodzi mi o to, aby zawsze i na zawsze tak było. Ale w pewnych chwilach. A wtedy jest nam lekko i przestronnie, i ma szansę objawić nam się Bóg. Takie chwile zdarzają się często we śnie, czy na granicy jawy i snu. Tak mieli np Abraham czy Jakub ze Starego Testamentu. Dlatego, że we śnie jest się bardziej wolnym i niekontrolującym, a to pozwala ujawnić się treściom tkwiącym w nieświadomości.

  5. Zdystansowanie może być zdrowie, chociaż to są takie ćwiczenia w pomnażaniu doświadczenia przyjemności zamożnych społeczeństw knsumpcyjnych i współczesnych mieszczan. Coś jak joga w parku, albo zumba albo jedzenie fit. Dystans czasami może być dobry, ale raczej ciężko zalecić komuś biednemu:zdystansuj się do swoich problemów z kupnem ubrania, albo z opłatami za mieszkanie, z rosnącymi odsetkami, ze swoją bezdomnością, a wróci do ciebie wszystko podwójnie, np. w postaci dwóch par butów, albo w postaci przyjemnego doświadczenia chodzenia boso. Ci ludzie naprawdę doświadczają tragedii, wobec której ciężko się zdystansować. Teraz co do radykalnej wskazówki Anny. Anno 🙂 Ja rozumiem, że to może być figura retoryczna i niepotrzebnie odczytuję to dosłownie, ale czasami przypomina mi się człowiek, który bodajże wypowiada się epistolarnie właśnie w książce ks. Wacława Hryniewicza, (mam nadzieję, że niczego tu nie pomyliłem, i że chodzi tu rzeczywiście o książkę Nadzieja w dialogu). Człowiek ten miał jakiś majątek, pracę, miał gdzie mieszkać, nagromadził nie więcej niż przeciętny mieszkaniec Żyrardowa, albo Bochni dajmy na to, i zrezygnował z wszystkiego, przepisał to, czy rozdał wszystko innym, a następnie zamknąl się w klasztorze. Przez takie czyny wg. Mnie przemawia szalenstwo. On się inspirował właśnie taką radykalną i literalnie odczytaną wersją wypowiedzi Jezusa, który kieruje pewną uwagę do cnotliwego młodzieńca. Mój Boże jak tak można sobie zmarnować życie? Według mnie trzeba zawsze zachować rozsądek, nie wolno go tracić nawet wobec odnotowanych wypowiedzi Mistrza z Nazaretu, bo pogubić się jest bardzo łatwo…

  6. Nie znam sposobów zamożnych mieszczan, nigdy nie mieszkałam w mieście, ale wydaje mi się, że jednak inne motywy dotyczą takich praktyk jak joga, czy jakieś coachingowe ćwiczenia niż uświadomienie sobie, że wszystko co mam i tak zawdzięczam Bogu i tak to kiedyś zostawię więc się do tego jakoś zbytnio nie przywiązuję, bo mój skarb jest gdzie indziej.
    Ubodzy ludzie zaś czekają aż bogaci sobie to uświadomią i zaczną się dzielić. Na tym chyba polega nauka chrześcijańska.

  7. Jezus był niewygodny i kontrowersyjny. Nie można wymazywać ze świadomości tych Jego cech. To, co mówił wydawało się ludziom zbyt radykalne, bluźniercze, dziwne i wywoływało ich lęk bądź sprzeciw. Tak samo jest dziś. Jezus nie jest grzecznym nauczycielem ceniącym zdrowy rozsądek. O utratę rozsądku podejrzewała go już sama Maryja, bracia i siostry. Jezus jest wywrotowcem. Musimy zatem pozbyć się rozsądku, aby Go zrozumieć (no, znów przesadzam). Ale musimy uwolnić się na jakiś czas od rozsądku. Tak myślę.

  8. Można mieć przekonanie, że wszystko, co mamy zawdzięczamy Bogu. Ja jednak nie mam takiego przekonania, bo musiałbym je jakoś pomieścić obok pytania, dotyczącego innych, którzy ‚tego’ nie mają. Komu oni zawdzięczają brak ? Czy to da się jakoś obok siebie zmieścić ? Mnie się nie udało, gdybym nawet pogodnie myślał o tym, w taki sposób jak Estel, to by mi się narzucało od razu pytanie, które by to pogodne uczucie zdetonowało. Jak sobie radzisz z tym Estel ?

  9. Na pewno nie myślę, że jakiekolwiek nieszczęście pochodzi od Boga. Z moich obserwacji świata (a z cierpieniem ludzkim stykam się dość często w różnych wymiarach) wynika, że 99% winy ponosi człowiek. Mam na myśli zarówno biedę, choroby i inne okoliczności życiowe. Jedyne nieszczęścia, gdzie nie ma w tym udziału człowieka to kataklizmy i katastrofy naturalne. Dlaczego cierpią w nich niewinni ludzie pozostaje dla mnie tajemnicą. Wojny wywołuje człowiek, dzieci rodzą się chore dzięki pestycydom w rolnictwie i innym czynnikom, że tak to ujmę ludzkim. To, że dziecko rodzi się chore „zawdzięcza” nie zawsze bezpośrednio np.pijącej matce. Jego dziadek mógł prowadzić się tak, że przekazał córce jakieś aberracje, które teraz się mszczą.
    Od Boga na pewno pochodzą siły do znoszenia uciążliwości losu, jeśli ktoś wierzy, ufa, prosi , wierzę, że Bóg nie pozostaje obojętnym. Ile jest świadectw np. z obozów gdzie ludzie mówili, że przeżyli dzięki nadzwyczajnej pomocy z „góry”. Ja tak to widzę. Nie wierzę w zsyłanie przez Boga cierpienia w celach pedagogicznych, czy zbawczych (ale o tym już na Kleofasie ja i Anna morze słów wylałyśmy i chyba starczy).
    Także moją odpowiedzią na niedostatek innych jest w miarę możliwości pomoc, natomiast NIGDY nie przeszło mi przez myśl, że czyjeś nieszczęście to wina Boga. Nie ma też w życiu reguły, jedni rodzą się biedni skrajnie, ale szczęśliwi, inni w bogactwie i kończą żywot za sprawą heroiny, czy innych substancji nie mając sensu i celu w życiu. Nie ma człowieka bez grzechu i nie ma człowieka bez problemów i cierpienia. Tak to jest na Ziemi, wiem, że żebym nie miała anemii i miała siłę do życia muszę choć raz w tygodniu zjeść mięso. Jakieś zwierzę musiało choć przez chwilę cierpieć, żeby dać mi składniki pokarmowe, bez których nie można na dłuższą metę funkcjonować i nie mam tu na celu potępiania wegetarianizmu, ale są organizmy, które suplementów nie tolerują więc mięso jeść muszą. Ja też muszę oddać siebie dla innych, moje siły, zdrowie itd. Ten świat nie jest rajem i próba zrobienia z niego raju zawsze skończy się kręceniem się wokół własnej osi frustracji.

  10. Z politowaniem tylko pokręciłem głową po twoim komentarzu. Może pytanie: w jaki sposób Bóg miałby być dalej dobrym Bogiem, gdyby pozwalał na to, że złe prowadzenie się dziadka (np. kilka razy sobie golnął) powoduje chorobę nowotworową u wnuka (sprawdź np. neuroblastomę)? To byłby albo Bóg-którego nie ma, albo Bóg słaby i bezsilny, albo Bóg-potwór. A choroby wirusowe? Pisałem też np. o niepełnosprawnym człowieku. W jaki sposób tutaj człowiek miałby być winny tej niepełnosprawności? Np. jego pradziadek zjadł niedogotowaną kaczkę i przez to cierpi inny człowiek akurat w takim drastycznym wymiarze, a winny jest tutaj oczywiście jakby nie było pradziadek, ponieważ zgubił go apetyt na kaczkę…Takie poglądy uważam za bardziej szkodliwe od mowy Pana Gomoli, który rzucał tutaj piorunami. Ale ja myślę, że to, co ty pokazujesz, to nie jest wyjątek. Jest jakaś grupa osób, to się chyba nawet często zdarza, która jest w stanie obwinić człowieka o wszystko, kto wie, może i o kataklizmy. Chyba właśnie po to, by nie zadawać sobie zbyt trudnych pytań. Czy jest to efekt nauczania niektórych teologów i ich mrówczej pracy? Być może.

  11. Ironia z kaczką chyba niepotrzebna, ale każdy ma swój styl wyrażania myśli.
    Nie widzę sensu dyskutowania z Tobą w takim klimacie. Dopowiem jedynie, że mam bliską osobę, która od lat rehabilituje niepełnosprawne dzieci. Ogromna większość przypadków to wady okołoporodowe (niedotlenienie, za późna cesarka, zła opieka neonatologiczna), dalej np.toksoplazmoza (raczej nie wina Boga jak ktoś zna chorobę), zespół Downa (wiek matki), zaś aberracje chromosomowe to 0,6-1% żywych urodzeń. O to co jest ich przyczyną (czy ironiczna kaczka dziadka, czy co innego niech się wypowiadają lekarze). Już dziś jednak wiemy, że wady wynikające z zaburzeń hormonalnych u dzieci wynikają z nasycenia hormonami żeńskimi wód, rolnictwa, są nawet w opakowaniu śmietanki.
    Tak można brnąć w nieskończoność, każdy będzie bronił swoich racji. Ja jednak w klimacie politowania nie mam zamiaru, dziękuję 🙂

  12. A co do zadawania sobie trudnych pytań- czasami mam wrażenie, że zdaję sobie ich za dużo, zamiast brać życie jakie jest, jest jakaś mądrość w stwierdzeniu – nieszczęśliwy Sokrates i zadowolone prosię.
    Pytania są dobre i potrzebne, ale kiedy dochodzi się do ściany i bez odpowiednich narzędzi próbuje ją sforsować, to już mądre nie jest.

  13. Tomku, dyskusja „z politowaniem” chyba nie ma sensu. Nie było to zbyt miłe z Twojej strony.
    Ja rozumiem Tomka pytania, z tym że tak jak pisze Estel w którymś momencie dochodzi się do ściany i trzeba wybierać: wierzę w Boga czy nie? Mam koleżankę ateistkę, która właśnie dlatego nie wierzy w Boga, bo na świecie jest tyle cierpienia niewinnego. I ja to doskonale rozumiem.
    Nie zgadzam się z Estel że 99% winy w cierpieniu ludzkim ponosi człowiek. Nawet nie jestem w stanie procentowo tego określić. Zresztą Bóg, jak pisał gdzieś prof. Mikołejko musi być pociągnięty do odpowiedzialności, uznany winnym, bo jeśli nawet nie On sam spuszcza cierpienie na ziemię, to przeciez na nie pozwala. Są to sprawy dramatyczne. Nie można Boga uwolnić od odpowiedzialności spuszczając całą winę na człowieka. Cała konstrukcja fizycznego świata z jego okrutną biologią może świadczyć przeciw Bogu. A jednak jest takie podejście, ze Bog okazuje się wyzwoleniem z niewoli biologii, jak widział to jasno Czesław Miłosz. Wiara przeciw sile ciążenia.
    Tak więc nie można bez końca tego tematu rozgryzać, bo odpowiedzi nie będzie. Teraz to ja muszę dać odpowiedź: czy mimo tego niewinnego cierpienia wierzę w Boga? Albo może czy wierzę właśnie z powodu tego cierpienia? Bo spodziewam się wielkiego wynagrodzenia i nie mogę żyć ze świadomością, że dla tych wielu nieszczęśników nigdy nie będzie żadnego ratunku, żadnej radości.
    Można tez wybrać niewiarę. Można uznać, że Boga nie ma. Wtedy nie mamy żadnych rozumowych sprzeczności i wszystko nam się zgadza, tyle że prowadzi do pustki.

  14. Z tymi procentami to oczywiście tylko (może to złe słowo), ale metafora. Mówiłam o moich obserwacjach, mojego otoczenia. Ja w ogromnej większości przypadków widzę „winę” człowieka. Nie jestem jednak sędzią, człowiek jest uwikłany w zło, ale uważam, że bardziej należy mu współczuć niż potępiać.

  15. Przepraszam, że wyrażenie było niemiłe, ale obwinianie człowieka za choroby to jest rzecz niepoważna. Jeżeli zespół Downa dziecko ‚zawdzięcza’ zaawansowanemu wiekowi mamy, to w jakim sensie mama jest winna? Przecież to absurd! Jak może tu być winny człowiek? Wyobraź sobie, że sama jesteś w takiej trudnej sytuacji i słyszysz, że winny jest człowiek, czyli albo ty, albo dziecko, albo w zasadzie kto ? A może wręcz, że winna jesteś z takiej racji, że o dziecko starałaś się późno i pokrzyżowałaś plany biologicznego rozwoju… Nie wiem. Dla mnie to jest raczej przerażające.

  16. Już nie mówiąc, że żeby twierdzić, że człowiek jest odpowiedzialny za dżumę, cholerę i malarię, albo trąd, czy grypkę, to trzeba się mocno zagalopować.

  17. Bardzo gwałtownie wzrasta liczba dzieci z zespołem Downa i nie jest moją opinią, a naukowców z całego świata, to że najważniejszą przyczyną takiego stanu rzeczy jest decydowanie się na dzieci po 35 r.ż i później. To jest ogólny trend, zawsze zdarzają się odstępstwa (choroba w młodym wieku matki), nie wiem czy można obarczać „winą” kobiety, czy sytuację ekonomiczną, która sprawia że kobiety rodzą dzieci dopiero kiedy mają zaplecze finansowe ( z reguły późno). Nie wiem gdzie tu wina Boga? Są prawa natury, które są nieubłagane. Wiadomo, że nigdy nie poważyłabym się tutaj na szafowanie okresleniem „winy” w sensie ,zbrodnia-kara, jednak są pewne związki przyczynowo-skutkowe.
    Co do chorób, epidemii. No cóż nie jesteśmy nieśmiertelni, naszym przeznaczeniem jest umrzeć, można powiedzieć, że rodzimy się by umrzeć i umieramy, by żyć. Na coś wszyscy umrzemy, może się zdarzyć, że w skutek epidemii. Czy to wina Boga, że żeby umrzeć zazwyczaj ” potrzebna” jest choroba. Gdyby chorób nie było żylibyśmy po 120 lat, a gdzie wtedy miejsce dla nowych pokoleń? Podlegamy prawom natury, która jest jaka jest. Jedni widzą w niej nieustanny cud i mistrzowskie dzieło, drudzy podłą i bezwzględną jatkę. Ja naturze nie dorabiam cech ludzkich, w tym empatii. Nie mam zamiaru poprawiać Boga, skoro pozwala na takie funkcjonowanie świata to kim ja jestem, żeby mieć do Niego pretensje?
    Jak to ktoś ładnie powiedział, aby dotrzeć do źródła trzeba płynąć pod prąd. Docieramy do źródła w trudach i mękach (każdy wg.swojej miary) bo jak napisałam tu już kilka razy- ten świat NIE JEST RAJEM!

  18. Uświadomiłem sobie, że jakkolwiek twój sposób tłumaczenia jest mi obcy, to może rzeczywiście tobie pomaga, a że tylko sobie dyskutujemy, to i nie trzeba się jakoś mocno wyginać w sprawie udowadniania swojego punktu widzenia. Ja bym nie obwiniał nikogo, już napewno nie człowieka. Chyba tutaj byłbym wyjątkowo ostrożny. Może zapytałbym siebie, jak to jest, że Bóg na to pozwala, albo dlaczego biologia wymyka mu się z rąk? Albo, czy rzeczywiście istnieje, skoro istnieją, dajmy na to, wirusy? Kto tu się przyczynił do tego? Człowiek, który wykorzystywał pestycydy? Ale przecież te wirusy istniały i przedtem. A bakterie, które wywołują trąd? Czy to wynik jakiegoś przewinienia człowieka, dajmy na go jego błędnej i pożałowania godnej decyzji co do stylu życia, gdzieś kiedyś na pustyni? Czy aby to można w ten sposób wytłumaczyc? Naturalnie jest sprawa koncepcji grzechu pierwszych ludzi, która niektórym wystarcza. Odpowiedzi na te pytania to już inna sprawa. Ja ich nie udzielam. Wolę, jeżeli problem pozostanie dla mnie postawiony w formie pytania. Nie rozumiem, z drugiej strony, dlaczego brak pretensji np. Do Boga jest cnotliwy, ale to napewno wnika z temperamentu i zachowanego obrazu Boga, jeżeli ktoś taki obraz pielęgnuje. Są tacy, którzy gotowi są się spierać, a są i tacy, którzy uważają, że nie mają do tego prawa.

  19. Nie zgodzę się także z tym, że zadowalającym wytłumaczeniem obecności chorób jest to, że życie ludzkie musi być skrócone, żeby mogły pojawić się następne pokolenia. Wiesz, dzieci też chorują? całkiem małe. Czy, jeżeli one odchodzą, ktoś może ich odejście tłumaczyć w ten sposób, że robią miejsce następnym pokoleniom, niejako przysługę? Choroby też atakują wybiórczo. Skutkują bólem i cierpieniem, które może być bardzo dramatyczne. Jeżeli wybiórczość, ból i cierpienie wpisać w jakiś plan zaprowadzania porządków pokoleniowych, przez, dajmy na to, Boga, to można zapytać co to jest za Bóg. I chyba należy o to pytać.

  20. Mi ten sposób tłumaczenia nie pomaga, bo ja sobie samej nic nie chcę wmówić, czy udowodnić, tym samym pomóc. W przezwyciężeniu smutku powodowanego cierpieniem pomaga mi pomoc innym (w miarę możliwości), oraz nadzieja, że to życie jest zaledwie chwilą i może te wszystkie okropności, których tu doświadczamy okażą się niczym w porównaniu z tym co nas czeka (jak mówi Ewangelia).
    Gdybym poszła drogą negacji to dokładnie stałoby się tak jak pisała wcześniej Anna -pogrążyłabym się w pustce i bezsensie.
    Ja już ze swojej strony kończę tę dyskusję, bo jakoś ewidentne jest, że nic nawzajem sobie budującego nie przekazujemy.

  21. „Gdybym poszła drogą negacji tobym się pogrążyła.” Wcale nie musiałabyś iść drogą negacji, tylko musiałabyś postawić sobie kilka pytań i zadowolić się tym, że nie znasz odpowiedzi. Nie pogrążyłabyś się też w rozpaczy, bo ja sobie te pytania zadałem i nie odpadła mi głowa, ani nie powędrowałem do Szeolu. Nie szykuję się też do przejścia przez Gehennę, ani nie wyobrażam sobie także spokojnego końca na łonie Abrahama. Po prostu zadaję pytania. Nie reprezentuje partii komunistycznej ani latającego kościoła potwora spahetti. Te pytania daja mi choćby tyle, że jestem wolny od poglądów, że śmierć jest zsyłana przez dobrego Boga, by zaprowadzić porządki i przygotować miejsce kolejnym pokoleniom. A to już coś 🙂

  22. Andrzeju, mam nadzieję, że ta dedykacja nie jest aluzją, że powinnam być tutaj ciszej 😉

  23. Na blogu nie! Świetnie, że nakręcasz niektóre dyskusje. Ale – z życzliwością – byś wyciszyła może trochę („unadziejniła”) swoje niepokoje serca i umysłu…

  24. Jakie niepokoje masz na myśli? Jedynym niepokojem jakim dzieliłam się na Kleofasie był (pewnie nieracjonalny) niepokój o to jak będzie wyglądać rzeczywistość nieba (to już dość dawna dyskusja). Moja wiara nie jest podszyta niepokojem, więc prawdopodobnie mylnie interpretujesz moje wypowiedzi skoro odnajdujesz w nich jakiś niepokój (być może nie potrafię oddać w słowie pisanym moich intencji, czy wysłowić się w sposób przejrzysty jeśli chodzi o wydźwięk słów). Z nadzieją też u mnie nie jest źle, nawet powiedziałabym, że jest dobrze, ale jej akurat nigdy za wiele. Chętnie jednak przeczytam jeśli zechcesz się podzielić o dostrzeżonych przez Ciebie moich niepokojach, to zawsze może rzucić nowe światło na moją pisaninę tutaj 🙂

  25. Estel, nie mam ambicji by być internetowym Kaszpirowskim.
    Zaniepokoiło mnie Twoje spięcie z Tomkiem. Jeśli z mojej strony zaistniało coś nie tak, to przepraszam i pozdrawiam niedzielnie!

  26. Andrzeju, nie ma za co przepraszać. Ja nie traktuję powyższej dyskusji w kategoriach spięcia, zwyczajnie skrajnie różne poglądy na dany temat. W dyskusjach internetowych raczej też nie popadam w jakieś negatywne stany emocjonalne (w sensie nie denerwuję się itp. choć potrafię twardo bronić swojego zdania jeśli zajdzie potrzeba). Niestety pisanie w necie ma tę słabość, że nie możemy oddać do końca sensu i intencji wypowiedzi, bo jedna osoba może pisać b. sucho, ale mieć b. pozytywne nastawienie, którego tutaj nie widać i czasami można mylnie interpretować jakieś wypowiedzi. Również Ciebie pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję za dedykację 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *