Kościół otwarty: utopia czy wyzwanie?

Głośny „coming out” księdza Charamsy spowodował nie tylko spadek wiarygodności samego duchownego. W kilku konserwatywno-kościelnych środowiskach cała sprawa stała się także „ostateczną kompromitacją” idei Kościoła otwartego. Oto bowiem „Tygodnik Powszechny” udostępnił swoje łamy „zdrajcy” i „agentowi homolobby”, zaś tłumaczenie samej redakcji, że nic o zamiarach i życiu prywatnym autora nie wiedziała, nie znalazło wiary wśród „prawdziwych katolików”. Czy faktycznie Kościół otwarty to utopia? I czy istnieje jakaś alternatywa?

Na początek należałoby wrócić do podstawowych pojęć. Jednym z najważniejszych określeń Kościoła, użytym w Credo,  jest słowo „powszechny”. Oznacza ono: „dotyczący wszystkich rzeczy, osób, spraw” (cyt. za: Słownik PWN). W myśl Soboru Watykańskiego Drugiego Kościół to Lud Boży, tworzony przez wszystkich ludzi poprzez kręgi, które rozrastają się od środka (Chrystus, potem katolicy ochrzczeni), ku najdalszym obszarom. W praktyce można powiedzieć, gdzie Kościół jest, lecz nie da się stwierdzić, gdzie go nie ma. Wydzielenie bowiem granicy ostatniego kręgu staje się niemożliwe.

Jeśli zatem uczestnictwo w Kościele (nie rozumiane na zasadzie zapisania się do widzialnej instytucji) jest powszechne, katolicy są posłani, by funkcjonować wśród wszystkich ludzi, niezależnie od ich przekonań religijnych czy politycznych. Nie na zasadzie budowania wokół siebie okopów, szukania i zwalczania wrogów (coraz częstszego w polskich warunkach), lecz w akcie ogólnoludzkiej solidarności. Jeśli wierzymy, że Bóg jest Ojcem WSZYSTKICH ludzi, to każdy człowiek jest bliźnim. Jeśli faktycznie uznajemy, że Chrystus umarł za WSZYSTKICH, to każdy człowiek jest tak samo ważny w planie zbawienia. Drzwi Kościoła powinny być zatem otwarte jak najszerzej. Zresztą, jego struktura przypomina konstrukcję placu św. Piotra w Rzymie: obejmuje nie tylko samą bazylikę, lecz również przedsionek, plac i balustradę.

Myślę, że trzeba napisać to otwarcie: niebezpieczną formą parodii katolicyzmu jest utożsamienie go z jedną opcją polityczną. Nieszczęsna zbitka „Polak katolik” straciła na znaczeniu, ale wciąż funkcjonuje. Kościół natomiast nie może być „przybudówką” jednej partii, nie powinien być więźniem prawicy (duża pokusa w Polsce), lewicy bądź nacjonalizmów. Musi pozostać wolnym od wpływów różnego rodzaju ideologii (od faszyzmu, aż po radykalny libertynizm obyczajowy). Powinien raczej być miejscem spotkania ludzi różnych przekonań, sympatii, charakterów. Wspólnotą, która nie zna terminu „wykluczenie”. Miejscem, może ostatnim takim na świecie, gdzie można zostać cierpliwie wysłuchanym, bez względu na taki czy inny „życiorys” (temu też służy piękna idea Dziedzińca Dialogu, którego kolejna edycja odbyła się w październiku w Warszawie).

Często można usłyszeć zarzut, że idea Kościoła otwartego służy jedynie temu, by z tego Kościoła wyjść. Oczywiste jest to, że otwartość, życzliwość, łagodność wiąże się z ryzykiem (nie tylko zresztą na polu chrześcijańskim). Z ryzykiem oszukania, wykorzystania, wyśmiania. Jednak cena za te cechy nie powinna zwalniać z ich okazywania. Człowiek posiada wolną wolę i może z niej zrobić dobry lub zły użytek, zaś jedna z podstawowych zasad chrześcijaństwa brzmi: „Do wiary nie można nikogo zmuszać” (Tertulian). Chrześcijaństwo musi pozostać propozycją, zaproszeniem do duchowej przygody, nigdy zaś przymusem! Jeśli otworzymy szeroko drzwi, musimy się liczyć z tym, że ktoś odejdzie. Może jednak nasza otwartość zachęci kogoś innego do przekroczenia progu lub choćby do stanięcia w przedsionku.

Nie chodzi o to, by wyjść do świata zupełnie bezideowo, niczego nie głosząc. Benedykt XVI (to jego inicjatywą był Dziedziniec Dialogu), podczas swojego pontyfikatu wzywał katolików do ortodoksji afirmującej. Chodzi o zachowanie wierności własnym przekonaniom, przy otwartości na postawy innych oraz z akcentem na pozytywny przekaz wiary. Chodzi o postawę dialogu, kulturę spotkania, wreszcie- o zgodę na świat (pojęcie ks. Twardowskiego). Wówczas katolik nie musi lękać się otoczenia. Szukając inspiracji może nie tylko przywoływać piękną postawę ofiarnej śmierci o. Kolbego, ale także sięgać po życiorysy postaci spoza katolickich świętych, np. Mahatmy Gandhiego, Daga Hammarskjölda, Simone Weil czy Janusza Korczaka.

To prawda, że Kościół jest wezwany do głoszenia wszystkim narodom Ewangelii. Jednak wiara w to, że cała ludzkość stanie się praktykującymi katolikami to iluzja. Należałoby się zastanowić, na ile chrześcijaństwo jest już wyryte w ludzkich sercach. Na ile, jak wyzna św. Augustyn, „to Bóg szuka człowieka, a nie człowiek Boga”. Wielki teolog XX wieku, Karl Rahner, odwołując się do sceny ewangelicznego sądu Jezusa nad ludźmi, sformułował pojęcie „anonimowego chrześcijanina”. Według niemieckiego myśliciela, osoba, która widzi w drugim bliźniego i go miłuje, spełnia nakaz Chrystusa i nieświadomie jest już jego uczniem, dostępuje zbawienia. Cała więc ewangelizacja powinna zmierzać do uświadomienia człowiekowi, który nie utożsamia się z widzialnymi strukturami Kościoła, że poprzez swoją dobroć może uważać siebie za chrześcijanina. Koncepcja ta nie znalazła uznania w oficjalnym nurcie katolickiej teologii, niemniej stanowi ciekawe spojrzenie na relacje Bóg-osoba niewierząca.

Kościół otwarty to nie pomysł elitarnego grona intelektualistów czy wąska wizja ideologiczna. Katolicyzm jest otwarty i powszechny niejako ze swojej natury. Jaka miałaby być alternatywa? Kościół jako sekta? Klub wzajemnej adoracji? Zamknięta twierdza? Getto? Tego typu koncepcje także pojawiają się wśród katolików i nie wolno ich bagatelizować. Miłość Boga do człowieka nie ulega jednak żadnym ograniczeniom. O byciu chrześcijaninem decydują chyba tylko dwa wyróżniki: wiara w zmartwychwstanie (Chrystusa, a po nim wszystkich ludzi) oraz miłość do bliźniego. Wszystko inne stanowi ważny , lecz nie najistotniejszy składnik katolicyzmu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *