Wiara, debata i poszerzanie języka

Wśród zadań, jakie przed nami postawił Nauczyciel, są dwa, które w gruncie rzeczy wydają się niewykonalne: nakaz nieustannej modlitwy oraz głoszenie Dobrej Nowiny na całym świecie. Nie czas i nie miejsce pisać teraz o nieustannej modlitwie, ale chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że właśnie wydana przez Wydawnictwo WAM książka „Wiara rodzi się w dialogu” księdza Wacława Hryniewicza OMI jest odpowiedzią na ten drugi obowiązek chrześcijan.

Rzecz nie w tym, że częścią książki jest zapis dyskusji z czytelnikami – jest to w naszej kulturze stosowane od dawien dawna. Jeżeli ktoś nie pamięta w tej chwili, to warto przypomnieć sobie dialogi antycznych autorów, gdzie w pytaniach i odpowiedziach rodziły się wielkie idee. Także summy średniowieczne były swoistym zapisem dysput uniwersyteckich i szeregu wątpliwości. A i czasy nowożytne obfitowały w księgi będące zapisem debat podawanych w rozmaitych formach i wedle różnych receptur.

Ksiądz Hryniewicz podjął wyzwanie, jakim jest pojawienie się nowego końca świata – internetu. Oczywiście niby nic nowego: puścić w sieci filmik z rekolekcji, dodać artykuł czy nawet zabrać głos w dyskusji. Jednakże znajduję w tym zbiorze tekstów i rozmów z internautami pewien – bardzo miły memu sercu i intelektowi – rys. Chodzi mi o to, że autor naprawdę chce, aby ktoś z nim zaczął dyskusję. On nie chce nikogo przekonać, nie pragnie akceptacji i uznania. Celem spotkania jest rozmowa właśnie. To cenne i nadaje całej książce pewien szczególny charakter.

Genezą publikacji „Wiara rodzi się w dialogu” jest bowiem zapis dyskusji, jakie wywiązały się pod – specjalnie w tym celu pisanymi – artykułami Hryniewicza publikowanymi na blogu teologicznym „Kleofas”. Autor oprócz publikacji wchodził w dyskusje, a nawet gorące spory z czytelnikami swoich tekstów. Jak się okazało, całość była na tyle interesująca, że Wydawnictwo WAM zdecydowało się z niej zrobić i opublikować książkę. Dobrze zredagowany tekst czyta się z dużą przyjemnością, ale przypuszczam, że czasami także z irytacją, bowiem nie ze wszystkimi tezami autora zgadzają się jego czytelnicy. Ale to dobrze, w Polsce brakuje nam teologicznych debat.

Jednak – niech wszyscy internauci świata mi to wybaczą – nie dla debat wziąłem tę książkę, lecz dla tekstów Hryniewicza, tym bardziej że rozwija w nich swoje stałe tematy. Nie chodzi mi jednak o to, że śladem inżyniera Mamonia lubię czytać tylko te książki, które znam. Ksiądz Hryniewicz od wielu lat rozwija namysł nad kilkoma tematami, które są kluczowe dla chrześcijańskiej duchowości.

Pierwszym jest nadzieja powszechnego zbawienia. Można wręcz powiedzieć, że mamy do czynienia ze swoistym utożsamieniem. Jeżeli w Polsce ktoś podejmuje tematykę powszechności zbawienia to – chcąc, nie chcąc – musi nawiązać do tego autora. Z tym, że można zaobserwować wyraźną ewolucję w myśleniu Hryniewicza: tekst w najnowszej książce jest nie tyle o apokatastazie, ile już o fałszywym pojmowaniu wolności. Fałszywym oczywiście w oczach autora.

Czy dar wolności ofiarowany nam przez Boga jest w rzeczy samej swobodą dowolnego postępowania, czy też darem odpowiedzi na boże zaproszenie do Prawdy, Dobra i Piękna? Ciekawe, że często krytycy pojmowania wolności jako „swobody absolutnej” absolutyzują ją w przypadku rzeczy i spraw ostatecznych.

Hryniewicz krytykuje to podejście i uważa za swoiste bałwochwalstwo, za „kult bożka wolności”. Jego wyznawcy zdecydowanie twierdzą, że nasza wolność wyboru jest ograniczona tylko do życia na ziemi, ale już po śmierci czekają nas jedynie konsekwencje. Autor ten pogląd podsumowuje krótkimi słowami: „Sądzimy, że dzięki wolnej woli możemy własnym wysiłkiem osiągnąć zbawienie lub stracić je wskutek złych decyzji życiowych”. I określa zwolenników tej koncepcji mianem „obrońców nauki o wiecznym piekle”.

Warto zwrócić uwagę na dwa aspekty argumentacji zwolennika „nadziei wiecznego zbawienia”. Pierwszym jest kwestia uwarunkowania i ograniczenia naszej wolności. Szereg elementów wpływa na nasze decyzje: wychowanie, dzieciństwo, otoczenie… W tym świetle koncepcja wolności absolutnej staje się mniej oczywista. Jest jeszcze kwestia naszej dojrzałości: czy nie jest tak, że do skorzystania z tego daru musimy dojrzeć? Być może dopiero po śmierci, stojąc przed Obliczem Miłosierdzia, będziemy w stanie podejmować prawdziwie wolne decyzje.

Drugim aspektem jest podejście do kwestii sprawiedliwości Bożej. Czy naprawdę ma ona na celu jedynie ukaranie grzesznika? A może jego naprawę i przyciągniecie do Stwórcy? Hryniewicz wskazuje, że w historii zmienia się nasze pojmowanie sprawiedliwości, która staje się bardziej kuracją niż odrzuceniem. Warto zwrócić uwagę, że ten watek stał się przedmiotem ciekawej dyskusji, jaką na portalu Kleofas wywołał tekst poświęcony powszechnemu zbawieniu. Jezioro ognia z Apokalipsy stało się pretekstem do arcyciekawego dialogu o apokatastazie.

Nie mogło się obyć także bez pytania o możliwość zbawienia Złego. I ponownie autor wykorzystuje te pytanie do sprawnego ukazania podstaw swej teologicznej nadziei powszechnego zbawienia. Pozwolę sobie na krótki cytat:

Ludzie o wielkich umysłach i sercach zastanawiali się nad tym, czy zbawcze dzieło Chrystusa obejmuje także świat demonów. I odpowiedź była twierdząca. W przeciwnym razie ograniczalibyśmy miarę miłości Boga i moc odkupienia, które takiej granicy nie mają. (…) Eschatologia o charakterze penitencjarnym kategorycznie wyklucza wszelką możliwość rehabilitacji, uzdrowienia Szatana i wybaczenia mu. Skrucha i zbawienie demonów są z tej perspektywy zgoła niemożliwe.

Czytelników ciekawych dalszych rozważań odsyłam do książki. Aby jednak nie byli wobec niej zbyt bezkrytyczni, warto, aby zastanawiając się nad tym zagadnieniem, zauważyli pewną niekonsekwencję w pisaniu Hryniewicza. Otóż umieszcza on świat duchów w czasie i łańcuchu przyczynowo-skutkowym, tak jakby rozważał świat materialny. Niepokojąca i niosąca poważne skutki logiczne niekonsekwencja.

Tytuł kolejnego tekstu nieco myli. „W co wierzymy czyli o dogmacie i doksologii” zdaje się nas wprowadzać w świat apologetyki, i to do tego w wersji hard. Ale tak naprawdę jest to tylko pretekst, aby ukazać czytelnikom kolejne istotne dla autora zagadnienie . Nikt, kto śledzi pisanie Hryniewicza od dawna, nie ma najmniejszej wątpliwości, że chodzi o dialog ekumeniczny, a przede wszystkim kwestie jedności z Kościołami Wschodnimi. Po raz kolejny stawia przed nami prowokacyjne pytanie: „co dla chrześcijan powinno być ważniejsze: dogmat czy jedność w Chrystusie?”.

Mocne pytanie i bardzo mocna stojąca za nim teza, że jednak jedność jest najważniejsza, mogą zbić z tropu. Czyżby teolog chciał, abyśmy porzucili prawdę i rozmyli swoją wiarę w imię sentymentalizmu i (nieco fałszywego) „kochajmy się”? Myślę, chociaż nigdy nie ośmieliłbym się o to Hryniewicza zapytać, że takie stwierdzenia nie tylko go bolą, ale naprawdę urażają jego głęboką wiarę.

Nigdy nie zgodziłby się on z twierdzeniem, że wszystko jedno, w co wierzymy. Ale jego teza opiera się na przekonaniu, że jedność uczniów Chrystusa rozbija nie tyle to, w co wierzą, ale to, jak wierzą. Słabość naszej wiary, zamiana myślenia teologicznego w publicystyczne lub polityczne doprowadziły nas do podziału i tylko teologia może tę ranę uleczyć. Dlatego też zaprasza nas do namysłu nad tym, czym jest dogmat oraz wyznanie wiary i co rozumiemy przez wypowiadane słowa. A ponieważ jest człowiekiem głęboko kochającym i szanującym naszych prawosławnych braci, niemożliwe było pominięcie kwestii filioque oraz prymatu biskupa Rzymu. I znowu nie chcę odebrać czytelnikom przyjemności prowadzenia rozważań wspólnie z autorem, jednakże chciałbym zwrócić uwagę na pewien ciekawy wątek. W dyskusji, jaka wywiązała się w internecie po tym artykule, ktoś zwrócił uwagę na postulat ogłoszenia nowego dogmatu o Maryi Współodkupicielce. Odpowiedź Księdza Profesora bardzo mnie ucieszyła – w tym przypadku jesteśmy jednomyślni. Chociaż ja okazuję się być bardziej dogmatykiem, a on ekumenistą.

Jak powszechnie wiadomo, recenzje i omówienia książek piszemy dla dwóch typów czytelników. Są tacy, którzy bardzo lubią, gdy recenzja prezentuje możliwie szeroko teść książki – zwalnia ich to od czytania. Ale są też i tacy, którzy wolą krytyczną analizę, aby potem podczas samodzielnej lektury móc z przyjemnością wytykać błędy recenzentom. Niestety, nie mogę usatysfakcjonować ani jednych, ani drugich czytelników, brakuje na to liczby przewidzianych na omówienie znaków. Sporo tekstów zostało jeszcze do omówienia i – co chciałbym bardzo mocno podkreślić – z wieloma tezami zawartymi w książce zdecydowanie się nie zgadzam.

Ale zamiast podsumowania chciałbym zaproponować wskazanie pewnego jej wymiaru, którego początkowo nie zauważałem. Debata internetowa ma duże walory duszpasterskie, wręcz misyjne, ale może być także dreptaniem w miejscu, ponieważ dyskutanci mogą – jak to w sieci bywa – buksować w jałowych sporach i niczego nowego nie wnosić do debaty. Mogą też okopać się na swoich pozycjach i bombardować bez końca tymi samymi argumentami. Debata taka ma jednak pewną ogromną zaletę: jest nią poszerzanie języka, w jakim mówimy i myślimy o Bogu. A to jest korzyść niepomierna. Zauważyłem to w dyskusji poświęconej chrześcijańskiej radości i jej brakowi. Dyskutanci bywali nie tyle nieporadni, ile mocno sztuczni w swych pytaniach i tezach. Jednak w miarę rozwoju dyskusji ich język stawał się nie tylko bardziej naturalny, ale i coraz bardziej klarowny i kompetentny. Nasza wiara to nie tylko kwestia uczuć i przekonań, to także problem tego, jak myślimy i mówimy o Bogu. To ważne, ponieważ tak rozwija się język, w jakim mówimy do Niego. W ten sposób tytuł „Wiara rodzi się w dialogu” okazuje się nie tylko prawdziwy, ale wręcz proroczy.

wiara_dialog

Wacław Hryniewicz, Wiara rodzi się w dialogu, Wydawnictwo WAM, Kraków 2015, s. 352.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *